Auckland cz.1

Minął miesiąc, odkąd w kółko powtarzam sobie, że kolejny weekend będzie już luźny. Dawno takiego nie było, zarówno z przyczyn losowych, jak i całkowicie zaplanowanych, ale dziś jest czas i są warunki – więc do dzieła. W Sendai panuje atmosfera półświąteczna: z jednej strony choinek, mikołajów i napisów „Merry Christmas” (a także Happiness Christmas, ale nadal nie wiemy jak to interpretować) mnóstwo, a z drugiej strony pada deszcz i łatwo zapomnieć o tym, że jest druga połowa grudnia. Ponieważ Świąt Bożego Narodzenia się tu nie obchodzi w sposób europejsko-amerykański, nikt nie jest też zagoniony w poszukiwaniu prezentów i jest całkiem „bezspinowo” (tutaj wyraźne nawiązanie do wykładu ze spektroskopii elektronowej, na który chodzę, ale jego treść pozostaje dla mnie czarną magią). Co zabawne, tydzień temu spadł śnieg, kilka centymetrów, które stopniało przez noc, ale ponieważ dla niektórych studentów był to pierwszy macalny śnieg w życiu, chcieli urządzić bitwę na śnieżki, jak w filmach. Co z tego że na jedną śnieżkę (albo „pigułę”, gdzieś takiego zwrotu używano!) trzeba zgarnąć puch z całej okolicy…

Japończycy nie są urodzonymi podróżnikami, choć są chwalebne wyjątki, jak nasz przyjaciel Kensuke, który dwa miesiące temu wyruszył z Korei statkiem do Władywostoku, a potem koleją transsyberyjską do Europy, obecnie jest w… Maroku? Mauretanii? Może… Mimo to, w labie zazdroszczono nam naszej wyprawy. Była zorganizowana w stylu japońskim, czyli przez najpopularniejszą agencję turystyczną (nigdy więcej…) H.I.S., czyli Highest International Standards. Mój towarzysz podróży opuszczał Japonię pierwszy raz w życiu, więc dla niego ta wyprawa była wielkim przedsięwzięciem organizacyjnym. Paszport, pakowanie, duża walizka… No właśnie.

Wybór walizki był dokonany także w japońskim stylu: kolega poszedł do sklepu, powiedział na ile jedzie i gdzie i zaraz mu obsługa wybrała odpowieni model. Przy czym praktycznie wszystkie japońskie walizki są sztywne, z tworzyw sztucznych. Najdroższe są prawie pancerne, więc można po nich skakać i taką też zapobiegliwy kolega wybrał. Tyle, że po zapakowaniu wszystkiego była w połowie pusta (bo zaproponowano mu model sześćdziesięciolitrowy), a w dodatku mieszkańcy odległej wyspy nie próbowali dobrać do jego bagażu przy pomocy zaostrzonych dzid, więc i jej wytrzymała konstrukcja się specjalnie nie zaprofitowała.

Japończycy są punktualni i niektórzy w swojej zapobiegliwości wolą być wszędzie sporo wcześniej, tak więc, mimo że jechaliśmy do Tokio z prędkością 320 km/h, to wymuszone takim podejściem oczekiwanie na przesiadkę na kolejny pociąg i potem na samolot spowodowało, że podróż była długa – znacznie dłuższa, niż gdybym jechał samotnie. A potem jeszcze lot do Auckland przez Sydney, gdzie jest sumarycznie dalej, niż do Polski. Byłem zaskoczony, bo jak się spojrzy na mapę, to wydaje się bliżej, ale na globusie już widać prawidłowo.

Pierwsze zaskoczenie przyszło w Sydney, podczas przesiadki. Zarówno Australia, jak i Nowa Zelandia, bardzo restrykcyjnie sprawdzają przyjezdnych, więc nawet podczas przesiadki kontrolowano bagaże podręczne i to, co mieliśmy na sobie. Przy czym, w przeciwieństwie do obsługi japońskiej, która podchodzi do pasażerów z ogromnym respektem, pracownicy lotniska w Australii (wyraźnie pochodznia indyjskiego) byli bardziej wyluzowani. Jeden z pasażerów miał przy sobie płyn do szkieł kontaktowych, który wzbudził podejrzenia pani z obsługi. Zapytała więc, co to takiego, a że nasz dzielny japoński pasażer ani słowa po angielsku nie rozumiał, to dopóki ktoś nie wytłumaczył cóż to za tajemniczy płyn, było zabawnie. Pani stwierdziła, że nie potrafi przeczytać napisu po chińsku, a na uwagę, że to japoński, zareagowała przewróceniem oczu, teatralnym westchnięciem i głośno wypowiedzianym „whatever”. I pewnie gdyby Japończycy zrozumieli, to poczuliby się jak my, gdy mylą nas z Rosjanami. Po 8 miesiącach w sterylnej zwyczajowo Japonii odebrałem to jako zachowanie niegrzeczne.

Auckland zrobiło na mnie początkowo dość złe wrażenie – centrum miasta było dość zaśmiecone, gdzieniegdzie na chodnikach leżeli bezdomi. A do tego zielone światło na przejściu dla pieszych pali się przez jakieś pięć sekund, po czym miga czerwone – co oznacza, że możesz przechodzić, ale nie wchodzić na pasy, co zupełnie skonfudowało mojego kolegę i drugiego japońskiego studenta, którego poznaliśmy po drodze. Jakie wrażenie miał mój kolega to ciężko orzec, bo nawet jeśli negatywne, to nie jest to rzecz, której można się od Japończyka dowiedzieć.

Po superszybkim ogarnięciu się i przebraniu pobiegliśmy na rozpoczęcie konferencji. Z planu wynikało, że będzie tam zadziwiająco wielu Polaków, ale że miałem na identyfikatorze wyraźnie napisane „Japan”, a moje nazwisko też do polskich raczej nie należy, to mogłem sobie paradować incognito. Co było wygodne, bo już na dość kameralnym rozpoczęciu, podczas krótkich przemów organizatorów i najważniejszych zaproszonych gości, część badaczy, także z naszego kraju, okupowała barek z jedzeniem i napojami, rozmawiając przy tym głośno. I na nic prośby, żeby chociaż nie zagłuszali odbywającej się piętnaście metrów obok ceremonii. Ale podejrzewam, że część po prostu nie rozumiała angielskiego…

Co było dalej? Postaram się opisać niebawem. A poniżej kilka wybranych zdjęć:

140142150141

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s