Auckland cz.2

Pierwsze dni konferencji były wypełnione zawartością naukową, więc jako przykładni studenci uczestniczyliśmy w sesjach od 8.30 do 20. Jeżeli w danym czasie nie było żadnej interesującej mnie prezentacji, wybierałem się na prezentacje obecnych tam w znaczącej sile Polaków. Z moim niepolskim nazwiskiem i jeszcze bardziej niejapońską gębą mogłem incognito wysłuchiwać prezentacji i zadawać pytania, bez obaw o ewentualne komentarze typu „ło, cisno naszych!”.

Niektóre prezentacje były naprawdę dobre – i temat, i przygotowanie, i sposób pokazania wyników. Oczywiście były także gorsze i po prostu słabe. Ale była jedna perełka, która nie kwalifikuje się do żadnej z tych kategorii. W dodatku od samego początku owiana mgłą tajemnicy, bo prezentowana pod afiliacją szkoły medycznej, a dotycząca spalania odpadów. Na konferencji dotyczącej tworzyw sztucznych i zaawansowanych materiałów. W dodatku współautorką wyników była pani (Pani), która dzień wcześniej zaprezentowała wyniki z zupełnie innej tematyki. I przede wszystkim osoba zgłaszająca referat nie dotarła na konferencję, a zamiast niej wystąpił pan (Pan) z innej uczelni w tym samym mieście, który dzielił nazwisko z wspomnianą wcześniej Panią. Pan nie miał „swojej” prezentacji, więc wystąpił tylko w zastępstwie. Zarówno Pan, jak i Pani mają tytuł profesora. Prawda, że intrygujące?

Ale dość tych tajemnic, czas ujawnić czym to wystąpienie zasłużyło sobie na szczególną atencję. Pomińmy rzeczy, które się zdarzają – czyli nieciekawe przedstawienie tematu, słabe przygotowanie slajdów, fatalny akcent itp. Otóż Pan nie władał językiem angielskim na jakimkolwiek akceptowalnym poziomie. Nawet jednego poprawnego zdania nie udało się nam wyłapać. Niektórzy Japończycy mają na to doskonałą, w ich mniemaniu, metodę – ryją prezentację na pamięć, potem odklepują i jest git. Potem co prawda nie ma szans na zadanie pytania i usłyszenie sensownej odpowiedzi, ale sama prezentacja jako tako daje radę. Niestety, Pan nie dość, że nie nauczył się swojej kwestii, to chyba nawet nie zajrzał do słownika, żeby odszukać kluczowe zwroty. Odniosłem wrażenie, że nie zajrzał też do slajdów przed zaprezentowaniem ich publice. Skutkiem tego zaskoczenie odmalowywało się na jego twarzy co któreś przerzucenie slajdu, brakujące słowa w angielskim zastępował polskimi (łi hew dis… akcyza!), a prezentacja z 15 minut wydłużyła się do ponad 20. A gdyby ktoś jeszcze nie poczuł stopą dna, prowadzący sesję zadał, w obliczu nieuniknionego braku pytań z sali, kurtuazyjne pytanie dotyczące wpływu soli ołowiu na cośtamcośtam, co skutkowało nieskończenie długą odpowiedzią nie na temat i tłumaczeniem jak kształtują się ceny paliw w Polsce… Po tym traumatycznym dla słuchaczy wydarzeniu prelegent sprawnie dał dzidę za drzwi i tyle go było widać.

Trzeciego dnia konferencji Ważni Goście wybrali się na wycieczkę „w pięć godzin po Nowej Zelandii”, a Goście Płacący Mniej mogli zorganizować sobie zwiedzanie sami. Razem z moim kolegą postanowiliśmy na własną rękę eksplorować okolicę, oczywiście w ramach fizycznych możliwości. Zaznaczyłem jednak, że nie planuję zwiedzać z japońskim przewodnikiem w ręku i że jeżeli idziemy razem, to przewodnik ląduje w plecaku i wędrujemy na stację kolejową, po czym patrzymy jak wyjechać z centrum i pociągiem jedziemy na pierwszą stację położoną poza centrum. Propozycja została zaakceptowana. Jednak za kilka minut kolega zapytał ile kosztuje bilet kolejowy, który musimy kupić. Odparłem, że nie wiem, bo ani nie jechałem nowozelandzką koleją, ani nie mam przewodnika, ani też nie wiem jak daleko jedziemy, przy czym z pewnością poznamy cenę biletu przed jego zakupieniem. Chwilę później padło pytanie o to, czy tam gdzie jedziemy jest ładnie. Biorąc pod uwagę, że nie wiedzieliśmy dokąd chcieliśmy jechać, ciężko było odpowiedzieć na takie pytanie, ale że byliśmy bądź co bądź w Nowej Zelandii, istniało niezerowe prawdopodobieństwo, że miejsce to w istocie będzie ładne.

I rzeczywiście, wsiedliśmy w pociąg, wyjechaliśmy za centrum miasta linią kolejową ciągnącą się wzdłuż linii brzegowej i tam, gdzie wysiedliśmy, było naprawdę ładnie. Stacja Orakei leżała między dwoma zbiornikami wodnymi rozdzielonymi groblą, na której położono tory kolejowe. Wzdłuż grobli zbudowano drewnianą… ścieżkę? molo? w każdym razie drogę dla pieszych, ze szczególnym uwzględnieniem biegających. Ruszyliśmy w kierunku morza i, po przejściu przez wzgórze pokryte domkami jednorodzinnymi z przestronnymi otwartymi ogródkami, co jest widokiem niespotykanym w Japonii, dotarliśmy do wybrzeża zatoki Hauraki, sąsiadującej z Pacyfikiem. Wzdłuż brzegu znajdowała się przystań pełna mniejszych i większych jachtów.

Po powrocie do miasta rozdzieliliśmy się i poszedłem w przeciwnym kierunku, także wzdłuż brzegu. Przeszedłem przez dawną dzielnicę portową, obecnie przeznaczoną na cele rekreacyjne. Została przebudowana przed mistrzostwami świata w rugby, dwa lata temu. Za nią rozpoczęła się kolejna zatoka, obecnie przekształcana w ogromną przystań dla jachtów. Na końcu zatoki, za setkami stojących jachtów, znajdował się Auckland Harbour Bridge, ogromny most autostradowy, niestety niedostępny dla ruchu pieszego. Jako że powoli zmierzchało, a autobusy w okolicy się nie zatrzymywały, spróbowałem złapać stopa – udało się za pierwszym razem. Mój kierowca wrócił ze mną do centrum, objeżdżając powoli wszystkie istotne miejsca w okolicy, opowiadając o nich ciekawie. Także już wiem który jacht z lądowiskiem dla helikopterów należy do Rosjanina, ile razy więcej owiec niż ludzi jest w Nowej Zelandii, kto migruje na wyspę, a także które fragmenty mięsa eksportowane są do Japonii (nie ma tu żadnej tajemnicy – najgorsze). Dziękuję za podrzutkę i ciekawą rozmowę, Panie Kierowco!

Zdjęcia istnieją, ale zostawiłem je na komputerze w Japonii, więc jak wrócę do domu, to z pewnością je wrzucę.

Reklamy

2 thoughts on “Auckland cz.2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s