Dlaczego nie unikam już PowerPointa

Powoli układają mi się w głowie posty mające być rozliczniem z edukacyjną przeszłością. Tej wiosny chciałbym napisać o moich odczuciach związanych z Wydziałem Chemicznym PW, programem kształcenia i umiejętnościami, których nas tam nauczono. A póki co kilka słów o robieniu prezentacji i plakatów.

Na początku należy wspomnieć, że mimo istnienia pewnych szlachetnych wyjątków, ogólnie rzecz ujmując, podczas studiów przygotowywaniem dobrych prezentacji multimedialnych nikt się specjalnie nie przejmował. Oczywiście rzecz dotyczy zarówno studentów, jak i kadry akademickiej. Sam pamiętam serię prezentacji na jednym z przemiotów specjalnościowych, w której prawie każdy slajd miał inny kolor tła, inne ułożenie, brak jakiejkowiek spójności graficznej, co w efekcie nie tylko utrudniało przyswojenie jakiejkolwiek treści, ale przede wszystkim patrzenie się na ekran przez dłuższy czas. Prezentacje na seminariach studenckich były często dramatycznej jakości i o ile można jeszcze jakoś bronić akceptacji takiego stanu rzeczy w oparciu o „nie liczy się wygląd, ale treść”, o tyle zazwyczaj ta druga szła w parze z urodą prezentacji.

Nikt nas nie uczył, w jaki sposób przygotować przejrzystą prezentację, ile tekstu powinno być na jednym slajdzie, jak wypełnić puste przestrzenie, itp. Jeżeli jakiś wykładowca przywiązywał uwagę do takich szczegółów (albo do sprawozdań, patrz: chemia fizyczna), szybko uznawano, że albo się pastwi, albo ma nierówno pod sufitem. Jeżeli jakiś student zaś ładował na slajd trzydzieści wierszy tekstu z odstępami 1.0 i przeklikiwał szybko tak załadowaną prezentację, nikt nie zwracał na to uwagi.

Ja na pewnym etapie (właściwie to na ostatniej prostej studiów i na moim politechnicznym doktoracie honoris causa) uznałem, że na pewno moje prezentacje i plakaty będą lepsze, jeżeli użyję do ich przygotowania wielu półspecjalistycznych programów. I tak grafikę wektorową klepałem w Inkscapie, rastrową w GIMPie, potem skład w Scribusie, a jak miałem sporo czasu to wszystko lądowało w TeXu. I tak po nocy przesiedzianej nad guglaniem kolejnych „jak to zrobić” otrzymywałem umiarkowanie urodziwy efekt, bo ani wielkiego talentu artystycznego nie mam (i tutaj pozdrawiam panią Jończyk, która w 3 klasie gimnazjum powiedziała mi, że rysuję jak przedszkolak), ani specem od grafiki komputerowej nie jestem. Ale z jakiegoś powodu byłem z siebie zadowolony i dumnie niosłem plik z plakatem do druku, pewien, że nic mi się potajemnie nie rozjedzie, kolor będzie taki jak miał być, a przezroczystość obrazków nie spowoduje wściekłości podczas odbioru zadrukowanego rulonu. Bo PowerPoint ma rzecz jasna możliwość eksportu do .pdf czy .ps, ale tak na ubogo.

Z takim też nastawieniem przyjechałem do Japonii. Mój plan badań złożony w ambasadzie oraz pierwsza prezentacja w nowym zespole były napisane w TeXu, ale mimo że tu wszyscy używali „prostego” PowerPointa lub Keynote’a, nikt nie kręcił nosem. Ot, przyjechał biały. Warto wspomnieć, że w moim labie wszyscy starannie  przygotowują plakaty i prezentacje, zwyczajowo z każdego wykresu na slajd wrzuca się tylko krzywą, resztę się maskuje, a osie, podpisy itp. dorabia się w programie, w którym prezentacja jest robiona, nie ma akceptacji dla podwójnych spacji, a nieczytelne wykresy objęte są programem „Zero tolerancji”. Z czego to wynika, dowiedziałem się jakiś czas temu. Otóż były szef mojego szefa, znany w Japonii profesor, ma naprawdę świetne prezentacje. Gdy zapytałem jego ucznia kto mu je robi (bo myślałem, że nie ma opcji, żeby profesor takie robił!), odpwiedział, że on je przygotowuje sam, bo nikt inny nie satysfakcjonuje wyśrubowanych wymagań.

Po łapach dostałem ostatnio. Miałem trochę czasu na przygotowania, więc postanowiłem zrobić plakat na zjazd Japońskiego Towarzystwa Chemicznego w Scribusie (właściwie to w Nagoi). Jak zwykle całkiem zadowolny ze swojej roboty wysłałem plik mojemu opiekunowi, on klepnął i powiedział, żebym drukował, tylko jeszcze zanim co, to podrzucił naszemu szefowi. Wysłałem i już zbieram się na obiad, a tu wpada szef i prosi mnie do gabinetu. Zadał kilka rozsądnych pytań, pokręcił głową i mówi grzecznie: tego jeszcze nie pokażemy, przygotuj proszę plakat z innych wyników. Pyta też kiedy druk; odpowiadam, że miał być zaraz po obiedzie, ale w obecnej sytuacji… Przełożyłem więc tę czynność na jutro, ostatni możliwy dzień i wziąłem się za robienie nowego plakatu. W .ppt. Bo jak będzie trzeba wszystko przewrócić do góry nogami, to poprzeciągam pola obrazków tam, gdzie trzeba, zmienię obszar maskowania, a osie i podpisy zostawię ze starego i dwie godziny wszystko będzie cacy.

I tak znów zaprzyjaźniłem się z Microsoft Office.

Reklamy

3 thoughts on “Dlaczego nie unikam już PowerPointa

  1. Prezentacja dr. Ochala była pięknym przykładem jak nie należy robić prezentacji, a szkoła dr. Bareły do tej pory ma swój efekt w postaci unikania przeze mnie słówka „dla”.

    • Celem ćwiczenia jest nabranie wprawy. Moja trauma polega na tym, że zawsze wstawiam jednostki w nawiasach kwadratowych.

      • Co by nie mowić, ChFy były w ogólnym rozrachunku jednymi z najbardziej przydatnych zajęć laboratoryjnych. No i synteza i biotransformacje z Marcinem Poterałą…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s