Zamek Shuri, Naha, Okinawa

Dziś drugi dzień oficjalnych wakacji. Przedwczoraj byłem na kończącej rok (akademicki, finansowy i co tam jeszcze) i zakończonej sukcesem konferencji Japońskiego Towarzystwa Chemicznego. Zdążyłem na pociąg do Nagoi o 7.21, o 10.51 byłem natomiast na miejscu, 680 km dalej. Z jedną przesiadką. Sukces polegał na tym, ze dojechałem na miejsce na czas, rozwiesiłem plakat i pobyłem cierpliwie przez 45 junikornem. Bo o ile jest niezerowa szansa poprosić japonskiego studenta o wytłumaczenie badań po angielsku i uzyskać jako-taką odpowiedź, o tyle prawdopodobieństwo ze jakiś japoński student podejdzie do plakatu po angielsku, gdzie wokół jest 200 plakatów japońskich, jest praktycznie zerowa.
Ale do rzeczy. Następnego dnia, już nie oficjalnie, pojechałem do Tokio i stamtąd do Naha, stolicy Okinawy. Jedną z atrakcji, jakie zobaczyliśmy w tym mieście, był zamek dawnych władców Okinawy, królów wysp Ryukyu. I mimo że sam zamek nie powalał na kolana, to jest kilka rzeczy, które warto opisać.
Przede wszystkim odwiedzający. W znacznej części byli to ludzie starsi, już nie w najwyższej formie fizycznej. Były też osoby poruszające się na wózkach, były i hordy dzieci. I wszyscy ci ludzie harmonijnie zwiedzali zamek.
Jak opanowano biegające wokół dzieci? Nie było tam wielu stanowisk multimedialnych, tak forsowanych w polskich muzeach. Otóż przed wejściem na teren zamku każde dziecko otrzymuje mapę z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami. W każdym z tych miejsc stoi, oprócz eksponatu, stolik z pieczątką. I dzieci jak już dobiegły na miejsce, ustawiały się w kolejce (wiem, wiem, niemożliwe w naszym kraju) i czekały na swoją kolej. Oczywiście krzyczały, skakały i robiły inne rzeczy właściwe dzieciom, ale nie biegały w te i we wte, wiec inni zwiedzający mogli sie swobodnie poruszać. Pieczątki są najlepsze i gdybym sam dostał mapkę na początku, to też bym je zbierał.
Pomyślano też o osobach, które nie mogły sie wspinać na strome wzgórze, ani wchodzić po schodach na piętro budynku. Nie walnięto jednak stalowych ramp gdzie tylko popadło, ale na zewnątrz kompleksu wytyczono ścieżki o mniejszym nachyleniu, bardziej ubitej nawierzchni i dobrze je oznakowano. Trochę na około, ale zazwyczaj nachylenie lub schody są znacznie bardziej uciążliwe, niż dystans. Mimo umiarkowanej atrakcyjności muzealnej dla mnie, zamek zrobił na mnie pod tym względem bardzo dobre wrażenie.
Postaram się umieścić kilka zdjęć, jednak póki co, możliwości komputerowe mam ograniczone. Dziś dotarliśmy prawie najdalej od Sendai jak się dało bez konieczności opuszczania Japonii. Pięć dni urlopu (z czego trzy wzięte jako drogocenne wolne) wykorzystaliśmy na wyjazd do drewaninej chatki na końcu jedynej drogi na wyspie Iriomote, z daleka od czegoś, co zwykliśmy nazywać cywilizacją
.

20140329-221519.jpg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s