Końcówka Kansajskiej wyprawy

Kioto to bardzo interesujące miejsce do zwiedzania. Choć najbardziej znane jest z licznych, porozrzucanych po całym mieście świątyń, ma też kolejkę górską, którą w lato można częściowo uciec od upałów, płynącą przez środek rzekę Kamo, z której czasami wyłażą dziwne stwory, a także tradycyjną dzielnicę Gion, w której można zaobserwować zagranicznych turystów, robiących sobie zdjęcia z losowymi Japonkami w kimonach, ogłaszających zaraz potem na fejsbuku, że mają zdjęcie z gejszą.

Pierwszego dnia zobaczyliśmy spory kawałek miasta, poruszając się po mieście na wypożyczonych rowerach. Oprócz obowiązkowych świątyń, zamków i rezydencji odwiedziliśmy też Uniwersytet w Kioto, który w rankingach jest chyba trochę wyżej od naszego, więc należało okazać mu szacunek osobiście. Przed wejściem na stołówkę zgromadziło się kilkudziesięciu studentów grających na instrumentach dętych, każdy według swojego pomysłu, co wydawało nam się dość osobliwe.

Same świątynie dawały radę, a przy okazji udało nam się rozwiązać jeden z problemów milenijnych, czyli dlaczego tak wiele Japonek odwiedza znane świątynie w kimonach. Otóż okazało się, że to z kimonami się zgadza, ale to z Japonkami już nie do końca, bo wszystko to chińskie turystki w wypożyczonych w hotelu kimonach. Nie odmówiłem sobie przyjemności obserwowania jak ze swoimi megaaparatami radzą sobie w stopniu bardzo umiarkowanym co zamożniejsi turyści. Wyczailiśmy też przebój sezonu, czyli wysięgniki na telefon, pozwalające na robienie sobie zdjęć samemu z pewej odległości. Na końcu wysięgników królowały nowe srajfony (które kosztują tu ok. 680 dolarów) lub ich chińscy bracia bliźniacy.

DSC_9103 DSC_9108 DSC_9111 DSC_9116
Tego samego dnia udało nam się znaleźć dzikiego zwierza – w centrum, nad rzeką, Paulina wyczaiła prawdziwego żółwia! Nie była to co prawda gigantyczna salamandra, która wypełzła na brzeg jakiś czas temu, ale dla osobnika wychowanego w Warszawie cokolwiek wyłażące samodzielnie z rzeki w środku miasta jest niezwykłym przeżyciem.

Drugiego dnia wybraliśmy się zobaczyć centrum miasta oraz słynny chram Fushimi Inari. Jego nazwa nie jest powszechnie rozpoznawana, ale wystarczy rzut oka no to zdjęcie
DSC_9161
i już wszystko jasne. Co ciekawe, widonczne na zdjęciu pomarańczowe bramy, a jest ich w całej okolicy co nie miara, nie są specjalnie zabytkowe. Te widoczne na zdjęciu mają w większości po kilka-kilkanaście lat. Po prawej stronie zapisana jest data ufundowania, po lewej nazwa darczyńcy. Zazwyczaj jakiejś niewielkiej firmy, choć zdarzają się i pojedyńcze osoby. Bramy dostępne są w różnych rozmiarach, w zależności od zasobności portfela. Wieczorem udaliśmy się na spacer po wspomnianej wcześniej dzielnicy Gion, w której oprócz turystów, można spotkać też czasami prawdziwą maiko lub geiko.

Z joł rzeczy w Kioto należy zwrócić uwagę na komunikację kolejową. Jest tam kilka niezależnych spółek, które przewożą ludzi swoimi własnymi pociągami, ze swoich własnych stacji, po swoich własnych torach i jakoś im się to opłaca. I konkurencja służy klientom, by pociągi były niedrogie, czyste i ładne. Udało nam też się spotkać z koleżanką, która podąża tutaj drogą herbaty. Szczegółów nie poznaliśmy, ale z pewnością droga herbaty wymaga znajomości wielu skomplikowanych japońskich słów, wczesnego wstawania i czasami także parzenia herbaty.

DSC_9134 DSC_9181 DSC_9189 DSC_9191 DSC_9198 DSC_9212 DSC_9215 DSC_9231 DSC_9235

Reklamy

2 thoughts on “Końcówka Kansajskiej wyprawy

  1. Wysięgniki są równie modne w Rzymie.
    Czy możesz zgromadzić więcej info o tych prywatnych liniach? Przyda się do różnych dyskusji. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s