Nagły atak jesieni

Dzieje się, dzieje.

Mamy w końcu prawdziwą jesień. Nie zauważa się jej zazwyczaj, dopóki temperatura w domu nie spadnie poniżej 15 stopni, a powszechne w naszej okolicy miłorzęby nie zaczną tracić żółtych liści, przy okazji kończąc sezon nieziemskiego śmierdzenia. Tak, oprócz ładnego wyglądu, drzewa te mają owoce (a może to nie są owoce, w każdym razie tak wyglądają dla laika, a czy to jagoda cytryny, czy nie, to drugorzędna sprawa), które wyglądają trochę jak mirabelki, a pachną jak mirabelki przynajmniej trzy razy zjedzone. W każdym razie jeśli nie pada, to jest bardzo ładnie, bo ulice wyglądają jak te w reklamie PZU (gdy jeszcze reklamowano OFE). Jeśli będziemy mieli jakąś poważną awarię w labie, to znajdę czas i obrobię zrobione ostatnio zdjęcia.

Mimo mojego czynnego oporu, blog całkiem kwitnie. Stuknęło niedawno dwanaście tysięcy wyświetleń, za co szczególnie dziękuję Mamie, bo na pewno w wolnej chwili nabija staty, żeby nie było mi przykro. Dziękuję też stałym czytelnikom, zwłaszcza komentującym Andrzejom: P. i J.

Po pół roku półlegalnej pracy, jak majgrant łorker z Malezji, i pełnym roku doktoratu, dotarłem do zapisanych 600 stron dziennika laboratoryjnego, 320 skończonych reakcji i jednocześnie tylko jedna osoba przestała się do mnie odzywać. Ale już jej przeszło. Udokumentowane osiągnięcia naukowe póki co liche, ale cóż począć. Momentami przebijam 75 godzin w labie tygodniowo, a nie mam tam plejaka, więc coś się z tego mariażu urodzić musi. A lab produkuje wyniki, bo ostatnio wskoczyła nam okładka Chemistry – An Asian Journal i pierwszy raz udało się opublikować w jednym roku w Angewandte Chemie i JACSie jednocześnie.

Koniec nudzenia, czas na wieści istnie japońskie.

W sezonie jesiennym na stoły trafia ryba zwana sanmą, po polsku zaś sajrą. Ryba ta przypomina z bardzo, bardzo daleka makrelę. Nasza stołówka serwowała ją ostatnio namiętnie, więc któregoś dnia się skusiłem.

rybka0

Pani za ladą proponowała do niej daikon oroshi, czyli tartą rzodkiew. Za pierwszym razem nie wiedziałem o cho, bo do żadnego innego dania nie proponują takiego dodatku. Mój kolega wytłumaczył, że część tej ryby jest gorzka, a z daikonem smak staje się bardziej łagodny. Ale podłubałem, podłubałem, nic gorzkiego nie było. I wtedy zostałem oświecony, że sanmę można zjeść praktycznie całą! Nieważne, że niepatroszona: po to właśnie jest daikon. Ości mięciutkie, ogonek chrupiący, także szast-prast i zostawiamy tylko głowę.
Odczekałem tydzień, zebrałem się w sobie i zamówiłem ją znów. Tym razem nie wyjadłem po mięczacku tylko białego mięska, ale zaczynając od ogona jadłem wszystko jak leciało do momentu, gdy już uznałem że dalej już nie ma opcji. Nie aż tak daleko, jak zjadłby z krwi i kości Japończyk, ale jak na cudzoziemca podobno nieźle. Zdjęcie jest, ale chyba nie wypada go wrzucać.

Dziś natomiast wpadła mi w ręce broszura reklamowa dla przyszłych absolwentów, pomagająca, przynajmniej w założeniu, skompletować strój do shuukatsu, czyli rekrutacji. W pewnym uproszczeniu: jak nie przepłacając wyglądać równie niestylowo jak wszyscy inni i jaka ma być skórzana teczka, w której można nie mieć nic, ale bez niej nie da rady. Obiecuję, że zeskanuję broszurę, zasięgnę trochę języka i pośmiejemy się tu razem.

Advertisements

One thought on “Nagły atak jesieni

  1. Pingback: Shanghai, część druga | Katahira 2-1-1

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s