Kilkanaście godzin w Dosze (albo Ad-Dausze)

Dłuższa przesiadka w Dosze, stolicy Kataru, była moją pierwszą wizytą w kraju arabskim. Wycieczka sponsorowana była teoretycznie przez Qatar Airways, choć należałoby dodać, że dołożyłem się do tej zabawy kupując bilet, a chcąc być jeszcze bardziej precyzyjnym, w równym stopniu dołożyli się do niej pasażerowe QA, których przesiadka trwała mniej niż 8 godzin. (A w jeszcze większym goście z krajów, dla których stawki za bilet lotniczy są wyższe niż japońskie – jeżeli takie istnieją. Brazylia?)

Już dwa tygodnie wcześniej, gdy zahaczaliśmy o Dohę tylko przez chwilę, w drodze niepowrotnej, zaczęliśmy się zastanawiać w jakim języku porozumiewają się mieszkańcy Kataru. Oczywistym wydawało się, że to język arabski. Ale: jeszcze w Tokio, przez zapakowaniem się do samolotu, usłyszeliśmy panią, lecącą z nami do Dohy, mówiącą przez telefon tak: tak, już wsiadam, tylko sprawdzę coś na internecie. Myślimy więc – Polka. Ale po wylądowaniu w Dosze pani poszła nie w kierunku przesiadek, a do wyjścia na miasto. Zaczęliśmy więc podejrzewać, że pani była Katarką, i mówiła nie po arabsku, a po katarsku, który to język przypominał polski, przy czym zamiast „w internecie” używa się zwrotu „na internecie”. Oczywiście różnic mogło być więcej, ale nasza próbka tego języka była nadzwyczaj uboga. Ku naszemu rozczarowaniu w drodze powrotnej okazało się, że jednak w Katarze mówi się po arabsku i nie dogadamy się z tambylcami. A pani z samolotu na zawsze pozostanie niewyjaśnioną zagadką.

Przy okazji sprawdziłem podstawowe dane dotyczące Kataru. Oprócz niezbyt zaskakujących informacji na temat religii, obyczajów, geografii itp., wyczytałem na Wikipedii następującą rzecz: Doha została w XIX wieku zaatakowana przez Bahrajn. Tak, nie przez Birmę, Butan, ani nawet malutkie Brunei, tylko przez Bahrajn, państwo wielkości dużego kokosa.

No i dobra, wylądowaliśmy. Na nowym Hamad International Airport jeszcze chyba nie wszystkie atrakcje były otwarte. W korytarzach łączących odleglejsze skrzydła terminalu, ponad ruchomymi chodnikami, zauważyłem estakadę biegnącą na wyższym poziomie. Z dołu ciężko było potwierdzić, ale wyglądało to, jakby było zbudowane pod kolejkę/jednotorówkę, mającą dowozić pasażerów szybciej do odleglejszych wyjść. Pod dachem, w budynku. Rzucali się też w oczy liczni sprzątacze pochodzenia niearabskiego, którzy kręcili się tu i tam, pchając przed sobą nieduże mopy. Skuteczność na oko zerowa, ale przynajmniej nie zaczepiali pasażerów.

Zapewniony przez przewoźnika hotel usytowany był między lotniskiem a centrum, w środku wielkiego placu budowy. Postanowiliśmy pójść w stronę miasta spacerem i zobaczyć ile się da. Był już wieczór i oczywiście na ulicach nie uświadczyliśmy żadnych kobiet, ale też nie oglądanie arabskich piękności było naszym celem. Namiastkami chodników pomknęliśmy przez miasto.

Z transportowego punktu widzenia Doha sprawiła wrażenie czegoś pomiędzy światem cywilizowanym a Indiami. Z jednej strony pięciopasmowe ulice, kierowcy respektujący wytyczone pasy ruchu i zachodnie/japońskie samochody, z drugiej strony obszary budowy wylewające się na ulice, nieciągłość chodników i samochody zaparkowane tak, że równie dobrze tych chodników mogłoby nie być. Najgorzej było przy licznych warsztatach samochodowych, bo nie dość, że stężenie zaparkowanych samochodów było najwyższe, to jeszcze przed wejściami stały gromadki imigrantów debatujących nad otwartymi pokrywami silników.

Przez to, że już dawno nie nawiedziłem kraju mało cywilizowanego, dobry zwyczaj trzymania na obczyźnie kilkunastu dolarów przy sobie odpłynął z Majstrem Biedą w przeszłość i wylądowaliśmy w miejscu, które mogło być centrum – ale bez gotówki. Tylko z kartą, jak durni zachodni turyści, a japońskiej karty katarskie bankomaty nie żarły. Było już późno i większość gastronomicznych przybytków była zamknięta, ale nie miało to znaczenia, bo kuchnia lokalna i tak karty by nie przyjęła. Ba, nawet w KFC, zgniłej kapitalistycznej oazie, była tylko możliwość płatności gotówką. A jeszcze kilka miesięcy temu śmiałem się w duchu z Izraelczyka, który przyjechał do Japonii, puścił w Kioto całą gotówkę i dopiero zaczął rozglądać się za bankomatem. A żaden nie akceptował jego izraelskich kart i nie było ani na hostel, ani na jedzenie. Łaziłem z nim wtedy półtorej godziny w środku nocy po mieście, próbując znaleźć jakiś sposób na wydobycie gotówki z jego przepastnego konta.

Tak czy siak, nocny spacer po Dosze dał nam chyba jakieś mgliste pojęcie o tym miejscu, choć pewnie wypadałoby spędzić tam przynajmniej dwa dni (i to dni, nie noce), a najlepiej z własnym samochodem. Z perspektywy pieszych zaskoczeni byliśmy systemem przejść na skrzyżowaniach. Otóż zielone światło nie zapalało się jak powszechnie w Europie (czyli najpierw jeden kierunek w obie strony, potem drugi i tak w kółko), ani jak na większych przejściach dla pieszych w Japonii (czyli samochody z jednego kierunku, z drugiego i na końcu wszyscy piesi), ale w jednym cyklu były cztery etapy: na raz tylko jeden wlot samochodów i piesi po jego prawej stronie mieli zielone, dzięki czemu lewoskręt zawsze był bezkolizyjny. Pewnie sporo jest takich, co chcieliby tak mieć na egzaminie na prawo jazdy w Warszawie, nie?

Jeżeli komuś uda się załapać na taki długo transfer w Dosze, to może trafi na inną porę dnia i inny hotel – proszę wtedy udać się na spacer, który będzie komplementarny względem naszego i skontaktować się ze mną celem wymiany doświadczeń 😉

A, zdjęć za bardzo nie ma, bo raz, że było za ciemno dla mojego aparatu, a dwa, że go nie miałem.
Katar1 Katar2 Katar3

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s