Przeprowadzka?

Zbliża się czas mageprzeprowadzkowy. Przenoszę się ja, przenosi się Paulina, przenosi się też cały mój lab. A, przenoszą się też licealiści, studenci, świeżo upieczeni pracownicy, pracownicy trochę starsi i inni. W końcu kwiecień jest początkiem nowego roku finansowego, szkolnego, akademickiego. Jest to czas przetasowań w całym kraju.

Naszym głównym problemem jest przeniesienie siebie, tzn. mnie czterysta kilometrów na południe, a Pauliny trzy kilometry na zachód.

Japończycy, jako bardzo ruchliwy naród, a jednocześnie posiadający bardzo rozwinięty sektor usług wszelakich, oferują też liczne propozycje przeprowadzkowe. Z przymusu przyjrzeliśmy się trochę temu, jak może wyglądać przeprowadzka w Japonii.

Zaczynając od opcji najbardziej dla nas niedostępnych, możemy zlecić przeprowadzkę profesjonalnej firmie, która zajmie się wszystkim. Proszą tylko, żeby samemu spakować bieliznę i kosztowności, a poza tym wchodzą, pakują wszystko jak leci, przewożą, wypakowują, sprzątają poprzednie lokum i jeszcze wiele rzeczy, o których nie wiem i pewnie się nie dowiem, bo nie ma na zbyciu niezliczonej ilości gotówki.
Przykładowe zdjęcia oferty wraz z opisem (w języku japońskim, niestety) można zobaczyć tutaj.

Zdarzyło się, że w celu wybadania kosztu przeniesienia lodówki, pralki i rzeczy osobistych jednej osoby na drugą stronę rzeki, skontaktowaliśmy się z firmą przeprowadzkową, która przysłała do nas swojego przedstawiciela. Przyjmowała go Paulina. Pan przedstawiciel pojawił się w naszym lokalu przynosząc a) komputer, b) drukarkę, c) ryż. Prawde mówiąc bardziej mnie zaskoczyła ta drukarka niż ryż, ale ryż zostawił, więc też wbił mi się w pamięć.

Pan przedstawiciel porozglądał się po naszym lokalu, pokalkulował coś w swoim komputerku (a posiadał maszynę powszechną tutaj, a niewidzianą przeze mnie nigdzie indziej – laptopa marki Panasonic w takim dizajnie). I mówi: początkowa cena jest dość wysoka. No i była, bo ponad 120 000 jenów. Ale poodejmował zniżki, cośtam i cośtam i wyszło mu 45 000. Nie powiem, żeby taka cena nas satysfakcjonowała bardziej, więc nie skorzystaliśmy. Zwłaszcza, że to dla jednej osoby i rzut beretem!

Druga opcja to skorzystanie z tanshin-pakku. Polega to na tym, że dostajemy kontener o pojemności 1,83 m^3, ładujemy ile wlezie, a następnego dnia nasze dobra pojawiają się we wskazanym miejscu. Tutaj firma transportowa angażuje się mniej, a nasze graty nie podróżują swoją specjalną ciężarówką, tylko razem z gratami innych szczęściarzy. To chyba najrozsądniejsza opcja na dłuższy dystans, ale cieszy się sporym wzięciem w dorącym sezonie, więc trzeba się spieszyć.

Kolejna możliwość to skorzystanie z usług Akabou, czyli czerwonych czapek. Z tego co się zorientowaliśmy, jest to tania opcja, tylko trzeba pomóc kierowcy załadować swoje bagaże. Dla nas spoko, ale odniosłem wrażenie, że lepiej sytuowani Japończycy patrzą się dziwnie na korzystających z takiej opcji.

Jeszcze jeden schodek w dół to wysłanie wszystkiego jak leci pocztą. To jest opcja, na którą zdecydowałem się ja. Paczki trochę idą, ale wysłanie pięciu paczek o sumie wymiarów 160 cm (zależy od dokładnych wymiarów, ale z grubsza koło 140 litrów) ograniczonych do 30 kg wagi gdzieś w obrębie wyspy Honshu nie przekracza 10 000 jenów. Kartony o zadanym wymiarze można, jak wszystko, zamówić na Amazonie. Wyzwaniem będzie wysłanie mojego roweru. Nie dlatego, żeby był problem z jego rozłożeniem, zawinięciem w folię i przygotowaniem do wysyłki – ale wszyscy znajomi Japończycy, którzy słyszeli mój niecny plan patrzyli się na mnie jak na dziwaka. Ale nawet jeżeli taka opcja wykroczy poza wyobraźnię pana kuriera, z pewnością nie będzie na tyle nieuprzejmy, żeby robić problemy. Także tutaj ja rozgrywam piłkę.

Najbardziej oburzającym rozwiązaniem jest przeprowadzka samodzielnie. Do tego trzeba mieć samochód, najlepiej K-truck (kei-tora, kei-torakku), prawo jazdy lub kierowcę i trochę szczęścia (albo rozumu – będziemy liczyć na to drugie). Swą pomoc w kierowaniu zaoferował mój kolega z labu. Co prawda nigdy nie jeździł ciężarówką, ani pojazdem z ręczną skrzynią biegów (poza kursem na prawo jazdy), nie umie też ruszać pod górę (a nowa rezydencja jest na zboczu góry) – ale będziemy liczyli na rozum, nasz lub gapiów.

Postaram się zrobić jakieś zdjęcia podczas tej ekscytującej akcji. Trzymajcie kciuki!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s