Wejście na Fuji – część trzecia

Od stacji 7.4 miało być lepiej, ale było już tylko gorzej. Według rozkładu zostały nam dwie i pół godziny wspinaczki, a każdy kolejny zygzak na coraz gęściej wijącej się trasie pokonywaliśmy mniej płynnie. Ponieważ przeszliśmy na inne zbocze góry, zamiast Tokio i Yokohamy mogliśmy oglądać światła leżącej na południowy zachód Shizuoki (japoński Silent Hill, nie żartuję). Co prawda stacji było rzeczywiście więcej, ale ich obecność nie robiła nam specjalnie różnicy. Na jednej z nich zrobiliśmy ławkowy postój, ale zaraz wyleźli z niej jacyś podpici Japończycy, wyjątkowo jak na tubylców natarczywi, więc ruszyliśmy dalej. Nie widzieliśmy ile jeszcze drogi przed nami, bo świateł powyżej już nie było, a nasza latarka pozwalała tylko stwierdzić, że gdzieś się zbocze kończy, ale nie dokładnie gdzie.

I takim powolnym ruchem weszliśmy na grzbiet krateru. Ponieważ na tym fragmencie grzbietu, na który dotarliśmy, nie było nic ciekawego oprócz skrzynki pocztowej i znaków prowadzących w lewo i w prawo, zapoznałem się z umieszczoną tam mapą. Okazało się, że miejsce, w którym się znajdujemy, jest drugim najbardziej przyjaźnie wyglądającym punktem na grzbiecie góry. A że Paulina była zrozpaczona, że na tak wyczekiwanym szczycie nie ma lepszego miejsca na odpoczynek, niż poniżej, ruszyliśmy wzdłuż grzbietu krateru do miejsca, które na mapie wyglądało najbardziej obiecująco – północno-wschodniego kawałka, który był jednocześnie końcem dwóch najpopularniejszych szlaków.

[Po dotarciu z czytaniem do tego miejsca Paulina przed chwilą stwierdziła, że pomijam wszystkie dramatyczne elementy. Że gdy poszedłem sprawdzić mapę, to ona leżała na jakiejś ławeczce i jej duch już w połowie uleciał i że nigdzie by się nie ruszyła, gdybym nie obiecał, że w tym drugim miejscu będzie znacznie lepiej. Także dla większego realizmu proszę sobie dopowiadać takie dramatyczne sceny przez kolejny akapit i zrewidować poprzedni. Choć faktem jest, że potem musiałem iść zaraz obok po grani, bo Paulina ledwo szła i to takim zygzakiem, że sama zaraz niechybnie spadłaby w przepaść.]

Idąc ostrożnie po płaskim szlaku przytulonym do zbocza dotarliśmy do – oświetlonego! – punktu docelowego. Była jakaś 1.30, do wschodu słońca pozostały trzy godziny, więc przycupnęliśmy przy jednej z chat, niedaleko innej nocującej w ten sposób pary. W tej okolicy był mniej niż tuzin osób, wszyscy na oko padnięci i zmarznięci. Na szczycie, obok jeszcze zamkniętych schronisk, działały dwa automaty z napojami. Jeden z zimnymi napojami, chyba coca-colowy, drugi z ciepłą kawą z mlekiem, wzięliśmy więc szturmem ten drugi. Chwilę sobie posiedzieliśmy osłonięci od wiatru, a zaraz przyszli jacyś obcokrajowcy. Chwila nasłuchiwania i już jasne, że Polacy. Paulina się zaraz ożywiła, wzmocniona słodką kawą, a mi specjalnie komfortowo nie było, bo mój zapasowy polar był na Paulinie. I tak sobie gadaliśmy z rodakami, czekając na ławeczce na wschód słońca. Zapytali nas, czy też zbieraliśmy pieczątki na szlaku. Ponieważ oni wchodzili tym bardziej popularnym, najpewniej do późnego wieczora mieli po drodze pełen serwis, łącznie z piciem, jedzeniem i rzeczonymi pieczątkami, które za 300 jenów zbierało się na kolejnych stacjach. My spotkaliśmy w sumie chyba osiem osób na naszej trasie, więc nikt tam się specjalnie nie bawił w atrakcje turystyczne.

Godzinę później szlak dochodzący w tym miejscu był pełny ludzi, idących jeden za drugim bezkształtnym zygzakiem. Z naszej perspektywy wyglądali jak zasuwające po szlaku świetliki albo jak na zdjęciu cmentarza we Wszystkich Świętych. Oni wyruszali z powoli otwierających się schronisk na szlaku poniżej, więc przychodzili w dobrej formie. Niedługo później nasze miejsce widokowe było już prawie pełne, choć do wschodu było jeszcze sporo czasu.

Ponieważ czekanie w tłumie uzbrojonym w aparaty w zdecydowanie za niskiej temperaturze nie jest wielką atrakcją, a wschód będzie równie dobrze widoczny ze ścieżki prowadzącej na dół, opuściliśmy nasze miejsce w pierwszym rzędzie i powoli ruszyliśmy z powrotem. Weszliśmy na nasz pusty szlak Gotemba, mijając nielicznych wspinaczy idących w tę trudniejszą stronę. Zaraz nadszedł wschód słońca, niestety (zwłaszcza dla tych oczekujących na górze) nieco za chmurami na horyzoncie. W międzyczasie my zaznaliśmy trochę ruchu i obniżyliśmy wysokość. Jak to ze wschodami i zachodami słońca bywa, znacznie lepiej robić zdjęcia nie im samym, ale obiektom, które oświetlają. Byliśmy już w strefie bezludnej, więc nikt nam nie zawadzał.

Fuji-2015-5stars-6Fuji-2015-5stars-8Fuji-2015-5stars-9Fuji-2015-5stars-11

Przy okazji mogliśmy zobaczyć, jak wyglądała w świetle dziennym dumna stacja ósma. Fuji-2015-5stars-12

Fuji-2015-5stars-13

Mimo że schodzenie wcale nie jest specjalnie łatwiejsze niż wchodzenie, atrakcyjne widoki i stopniowe ocieplanie się oraz wzrost ciśnienia dodawały nam więcej sił. Dojedliśmy zapasy z plecaka, uzupełniliśmy wodę i ruszyliśmy dalej, mijając wszystkie widziane w nocy obiekty, a także obserwując, jak na żwirze i skałach zaczynają pojawiać się pierwsze rośliny.

Fuji-2015-5stars-15 Fuji-2015-5stars-16 Fuji-2015-5stars-17Trafiliśmy na bardzo dobrą pogodę – zero deszczu, poranne zamglenie następujące powoli i chmury poniżej początkowej stacji. Za dnia z praktycznie całej długości naszej ścieżki był bardzo dobry widok na jezioro Yamanaka. Z tego powodu dostało mu się dużo zdjęć, z których potem trzeba było wybrać jedno sensowne. Wypadło na to.

Fuji-2015-5stars-14Po zejściu do stacji 7 nasza droga w dół oddzielała się od ścieżki w górę. Ponieważ schodziliśmy niespiesznie, zarówno z uwagi na widoki i zdjęcia, jak i nie najlepszą formę fizyczną, dotarcie do siódmej stacji zajęło nam dwie godziny, licząc od wyruszenia z głównego punktu obserwacyjnego. Ścieżka dla schodzących była też atrakcją samą w sobie, ponieważ była stroma i pokryta głębokim, drobnym żwirem, co umożliwiało brawurowe zbieganie w dół. Stopy zapadały się do kostek, a żwir dobrze amortyzował uderzenia stóp, więc jeśli ktoś miał wystarczająco sił w nogach, żeby kontrolować taki szalony bieg, to można było pokonać trasę w dół zdecydowanie szybciej, niż by się wydawało. Ewentualna gleba kosztowała tylko lekkie obicie się i małe rozcięcia od żwiru.

2015-07-21 06.37.41Tym ekspresowym sposobem dotarliśmy z powrotem do punktu przecięcia się dwóch ścieżek, Jirobo. Ostatnie 40 minut w dół trzeba było pokonać po twardszej, mniej atrakcyjnej nawierzchni, a dodatku już przygrzewało słońce – w końcu minęła godzina 7.

Na parking przy wejściu na szlak dotarliśmy chwilę przez 8 rano. Do pierwszego autobusu mieliśmy godzinę, więc skorzystaliśmy z dostępnej do mycia wody w beczkach i klapnęliśmy na asfalcie w cieniu. Ale z widokiem. Na Fuji.Fuji-2015-5stars-18

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s