Wietnamskie wakacje – część pierwsza

Jesienne wakacje, które co roku staramy się spędzać poza labem, nie są japońskimi wakacjami powszechnymi, tzn. wszyscy uczciwi Japończycy w tym czasie pracują. Choć nikt tego nie liczy (i może nawet nie zwraca na to uwagi), to w praktyce nasze dni wolne odpracowujemy w trakcie japońskich świąt. Ponieważ w sierpniu ma miejsce bardzo ważne japońskie święto Obon, a we wrześniu występuje nagromadzenie dni wolnych, znane jako Srebrny Tydzień, bez specjalnych wyrzutów sumienia możemy gdzieś dać dzidę na 7 dni roboczych.

W tym roku, śladem grupki naszych znajomych, w której to grupie znajdował się także mój brat, udaliśmy się do Wietnamu. Kraj wcześniej widziany przeze mnie tylko w filmach, i to wojennych, dumnie nazywający się socjalistyczną republiką, a pomimo to jednak bogacący się, dłuższy niż szerszy oraz posiadający stosunkowo niedrogie połączenie lotnicze z Tokio. Taki był nasz cel.

Ponieważ chcieliśmy zobaczyć i północną, i południową część kraju, wybraliśmy przylot do Ho Chi Minh (dawny Sajgon), a wylot z Hanoi. Odległość między tymi dwoma głównymi miastami, niegdyś stolicami Wietnamu Południowego i Północnego, to 1100 km w linii prostej, a po drogach sporo dalej. Na przejazd autobusem trzeba poświęcić cztery noce, można też w 30 godzin pokonać ten dystans pociągiem, jadącym po jedynej w kraju linii kolejowej. Żeby dodatkowo uprościć podróż, zamiast podróży pociągiem, skorzystaliśmy z tanich biletów lotniczych na połączenia lokalne, między lotniskami w Ho Chi Minh, Danang i Hanoi. Oczywiście weselej byłoby pojechać nieklimatyzowanym pociągiem z trzema leżankami w przedziale (najniższa klasa do leżenia), ale to może następnym razem.

Punkty z naszego planu zwiedzania są zaznaczone na mapie poniżej. Oprócz wietnamskich nazw miejscowości (obecnie Wietnamczycy używają alfabetu), widać także japońskie ich odpowiedniki, aby całości nadać nieco więcej orientalnego charakteru.

maps_viet

Przed wkroczeniem na terytorium kraju należy pochwalić się odpowiednią wizą. Dla osób przekraczających granicę na lotnisku wygodną formą zdobycia wizy jest wyrobienie jej na miejscu, przed kontrolą celną (visa on arrival). Aby ją otrzymać, należy wcześniej załatwić list upoważniający do przyznania wizy, wydawany przez urząd imigracyjny, który w praktyce załatwia się przez internet u jednego z wielu pośredników. My zapłaciliśmy 10 dolarów od osoby i dostaliśmy go jeszcze tego samego dnia. Ponieważ pośrednik załatwiał go jednocześnie dla wszystkich aplikujących danego dnia turystów, a niespecjalnie przejmował się ochroną danych osobowych, otrzymaliśmy gratis imiona, daty urodzenia i numery paszportów potencjalnych znajomych.

Na lotnisku zostało tylko dać paszport do wklejenia eleganckiej wizy, uiścić opłatę 45 dolarów (za ważną 1 miesiąc wizę jednokrotnego wjazdu) i oddać się wątpliwej przyjemności interakcji z wojskowym-urzędnikiem kraju socjalistycznego. Jeśli ktoś planuje się wybrać do tego kraju, to polecam przygotować odliczoną kwotę amerykańskich dolarów – przez odprawą celną nie ma bankomatów, a używanie innych walut wiąże się z koniecznością akceptacji bardzo osobliwego kursu wymiany.

Wbrew naszym oczekiwaniom, po opuszczeniu lotniska nie obleźli nas taksówkarze, właściciele taksówek-motocykli, ani żebracy. Owszem, podbił jeden kierowca z drugim, proponując kurs do miasta, ale ponieważ praktycznie wszyscy przylatujący turyści wsiedli do taksówek, kierowcy mieli co robić, a my swobodnie podreptaliśmy do miejskiego autobusu. Opłaciliśmy niedrogi bilet (10000 wietnamskich dongów, czyli 1,60 zł za dobre 8 km jazdy), przy czym połowa tej kwoty była za bagaż. Podobno pobieranie opłaty za bagaż jest powszechne i legalne (w niektórych autobusach widzieliśmy płacących tubylców, przewodnik też o tym wspominał), ale raz od nas chciano dodatkowe pieniądze, a raz nie. Także pewności nie mam.

Autobus wyrzucił nas na dworcu autobusowym w centrum miasta, udaliśmy się zaraz do mapy, aby ustalić naszą pozycję i zlokalizować hostel. Niestety, mapa była drukowana w rozdzielczości ok. 5 ppi, więc nie widać było na niej widać żadnych nazw, nie wspominając oczywiście o braku zaznaczonej bieżącej pozycji. Tambylec, z którym spróbowaliśmy się porozumieć, także nie potrafił pokazać gdzie jesteśmy, nie znał też polskiego, japońskiego ani angielskiego, za to powtarzał w kółko jedno słowo, którego z kolei nie rozumieliśmy my.

Po jakimś czasie udało nam się ustalić pozycję oraz określić kierunek, w jakim mamy się udać, i ruszyliśmy w upale do naszego hostelu. Na podstawie naszego ubogiego doświadczenia oraz konsultacji ze znajomymi stwierdzam, że ho(s)tele w Wietnamie są niedrogie, a wygodne i całkiem dobrze wyposażone. Praktycznie wszędzie, chyba poza Ho Chi Minh, udało nam się zmieścić w zakresie 5-10 dolarów od osoby za miejsce w dwuosobowym pokoju.

Pierwszego dnia, jeszcze niezbyt aktywnego, moją uwagę zwróciło kilka rzeczy. Ponieważ kilka dni wcześniej miało państwowe święto niepodległości, na ulicach pełno było czerwonych flag dwojakiego rodzaju: ze złotą gwiazdą (to flaga Wietnamu) i ze złotym sierpem i młotem (to z kolei flaga pokoju, przyjaźni międzynarodowej i przejściowych trudności).

DSC_9991 DSC_9997

Wszędzie też było widać wizerunki „ojca narodu”, Ho Chi Minha (takiego, jak na górze). Patrzył na nas z plakatów, płaskorzeźb, i wszystkich banknotów.

Poza tym zasady ruchu ulicznego okazały się bardzo liberalne. Po Japonii, gdzie samochody zatrzymują się przed przechodniami praktycznie zawsze, chwilę zajęło nam przyzwyczajenie się do ciągłego ruchu motocykli, skuterów i samochodów, w który piesi przekraczający jezdnię muszą się wpasować. O ile idzie się równym krokiem i jest się dobrze widocznym, to strumień pojazdów opływa pieszego i żadne niebezpieczeństwo nie grozi. Ponieważ nikomu nie zależy na spowodowaniu wypadku i wszyscy dostosowują się do sytuacji na bieżąco, taki system nie jest tak straszny, jak mogłoby się nam, ludziom zachodu, wydawać.

Popularnym zwyczajem, chyba szczególnie w Ho, bo potem już nie widzieliśmy tego często, jest leżenie i przysypianie na motocyklach. Ponieważ Wietnamczycy nie są zbyt rośli, motor rozstawiony na nóżce z powodzeniem im służy za posłanie. O ile nie rozstawią się na środku chodnika, to nie sprawia to nikomu problemu.

Tyle wstępu. Niebawem opis pierwszych „aktywnych” dni i porządniejsze zdjęcia.

Reklamy

One thought on “Wietnamskie wakacje – część pierwsza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s