Szanghaj, część pierwsza

Większą część upływającego tygodnia spędziłem poza Japonią, promując siebie i szukając inspiracji na konferencji w Szanghaju. Ponieważ wyprawa miała charakter ściśle naukowy, zwiedzania za wiele nie uskuteczniłem, ale co zjadłem i zaobserwowałem to moje.

Szanghaj, trochę ku mojemu zaskoczeniu, okazał się być nie tylko najważniejszym ośrodkiem biznesowym i przemysłowym, ale i najludniejszym miastem Chin (ok. 24 miliony mieszkańców) i największym portem świata. Także trochę tych „naj” się nazbierało. Oprócz tego miasto ma 14 linii metra, z których pierwsza otwarta została w 1993 roku. Do tego dorzućmy 30 kilometrów magleva łączącego centrum z lotniskiem, linie trolejbusowe o ponadstuletniej historii i wieżowiec Shanghai Tower, mierzący 632 metry i będacy drugim najwyższym budynkiem na świecie.

Nadal jednak jest to część kontynentalnych, komunistycznych Chin.

Moje pierwsze wrażenie po wylądowaniu było złe. Na samym lotnisku marna organizacja i oznakowanie na lotnisku, brak miejsca do wypełnienia obowiązkowych formularzy i obsługa wrogo nastawiona, podobnie jak w Wietnamie. Na stacji metra nikt się specjalnie nie przejmował kolejką do wagonu, za to wszyscy ścigali się bez pardonu do wolnych miejsc, aby mieć gdzie usiąść i postawić swoje zmęczone reklamówki. Zanim dotarłem do centrum moje delikatne, zjaponizowane uczucia narażone były w wagonie metra na głośne słuchanie Rammsteina (w sumie mogło być gorzej…) z telefonu, bekanie i głośne ziewanie mi prosto w twarz oraz obcinanie i piłowanie paznokci przez wystrojoną młodą kobietę.

Zaraz okazało się, że osławiona chińska internetowa cenzura działa sprawnie i nici ze sprawdzenia obecnej lokalizacji na mapach Google. Niedługo potem przekonałem się, że nie działają także inne usługi Google, Facebook, Twitter i – hehe, ciekawe czemu – PubPeer.

Od tego momentu było już tylko lepiej. Z metra wydostałem się w okolicach mojego hotelu, zresztą zaraz nieopatrznie wskoczyłem pod jadący motocykl, ponieważ domniemany chodnik okazał się pasem ruchu dla motocykli i rowerów. Jedzenie sprzedawane na ulicy oraz tętniący życiem azjatycki ruch motorów, motorków, motorynek i motorowerów działają bardzo kojąco na moje nerwy. Zanim dotarłem do hotelu, zdążyłem minąć ogromnego Walmarta (nie, nie mieli centralnie planowanych cen produktów), McDonalda, Costa Coffee i CoCo, sieciowy bar serwujący m.in. boba-milk tea. Po względnej taniości. Zresztą obszary położone poza ścisłym centrum zadziwiająco zdecydowanie bardziej przypominały Warszawę, niż Tokio.

Na zwiedzanie miasta wyrwałem się tego samego dnia, zaraz po spotkaniu otwierającym konferencję. (Co ciekawe, organizatorzy śmieszkowali trochę, przypominając co chwilę, że konferencja ma swój oficjalny hasztag na Twitterze i zachęcając do jego używania.) Metrem dotarłem do placu Ludowego, który wyglądał z mojej perspektywy łudząco podobnie do zmutowanego ronda Dmowskiego, co widać nawet na Wikipediowym zdjęciu. Po obejściu najbliższej okolicy ruszyłem w kierunku wschodnim, w stronę rzeki. Co ciekawe, główny deptak przypominał poszerzone połączenie ul. Chemielnej i Nowego Światu, a kończył się dotarciem do rzeki Huangpu, sporo od Wisły szerszej. Jednak uczucie nawigowania po powiększonej Warszawie było zadziwiające.

Nad rzeką uwagę zwracały dwie rzeczy; na nadrzecznym bulwarze kłębił się tłum Chińczyków, próbujących się dopchać do barierki, przy której można było zrobić sobie selfie ze znajdującą się po drugiej stronie panoramą wieżowców z dzielnicy Pudong. Na pierwszym planie widać było chyba najbardziej znany budynek miasta, a prywatnie jeden z najbrzydszych budynków jakie widziałem, Oriental Pearl Tower. Zaraz za nim stał szereg bardziej gustownych wieżowców, włączając wspomniany Shanghai Tower oraz nieco niższy Shanghai World Financial Center. Ciężko było przedostać się kulturalnie do barierki przez rozentuzjazmowany tłum z telefonami na wysięgnikach, ale nie było to niemożliwe. Zwłaszcza, że 50 metrów dalej nie było prawie nikogo, a widok na pewno nie gorszy.

Po naszej stronie rzeki, przy bulwarze, w rzędzie stały piękne zabytkowe budynki, będące dawniej (?) siedzibami banków i domów kupieckich z całego cywilizowanego świata. Obszar ten, zwany Bund, jest bardzo ważną atrakcją miasta i dla mnie wyglądał znacznie atrakcyjniej, niż zlokalizowane po przeciwnej stronie rzeki wieżowce. A kto mnie zna wie, że wieżowcami nigdy nie gardzę.

(Zaraz odjedzie mi ostatni pociąg [1:03], także na razie przerwa. Ale jutro postaram się przygotować zdjęcia i pociągnąć historię dalej.)

Reklamy

2 thoughts on “Szanghaj, część pierwsza

  1. Ciekawe, śledzę z zainteresowaniem wszystkie wpisy a ten dotyczący Chin szczególnie mnie zainteresował i będę czytał kolejne. Porównanie do Warszawy mnie zaskoczyło!
    Tommy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s