Szanghaj, część druga

Najpierw nadgonię fotograficzne zaległości. Niestety, prawie wszystkie zdjęcia były robione po zmroku, bo to była pora mojego zwiedzania. Najpierw plac Ludowy, jego okolice i deptak prowadzący nad rzekę.

DSC_0613DSC_0612DSC_0628DSC_0623DSC_0626DSC_0621DSC_0631DSC_0629DSC_0632

I widok na wieżowce i nadrzeczny bulwar.

DSC_0635DSC_0639DSC_0644DSC_0648DSC_0651DSC_0652DSC_0656

Wieczorną rundę zwiedzania zakończyłem poszukiwaniem czegoś do jedzenia. Na napotkanym małym stoisku z wypiekami nabyłem coś, co wyglądało na paszteciki z mięsem, a okazało się pierońsko słodką bułką.

Zanim zawinąłem do hotelu, zahaczyłem jeszcze o Walmart. Zawsze fajnie jest zobaczyć co sprzedają w „zachodnich” sklepach za granicą, a poza tym musiałem rozejrzeć się za czymś, co wypadałoby przywieźć jako upominki do Japonii. A w tej roli najlepiej sprawdzają się słodycze albo alkohol. Ponieważ Japończycy alkohol mają wystarczająco dobry, a powierzchnia magazynowa naszego labu, wynosząca ok. 12 butelek, jest całkowicie wykorzystana, zadecydowałem się na słodycze.

Japończycy zazwyczaj przywożą jeden prezent, który nie musi być bardzo przemyślany, byleby był smaczny i ładny. W mojej opinii to mało interesujące poznawczo podejście, więc zazwyczaj staram się przywieźć kilka rzeczy, z których przynajmniej jedna jest smaczna – tak na wszelki wypadek. Tym razem wybrałem następujące smakołyki:

  • cukierki kokosowe – okazały się gumowatymi słodkimi bloczkami bez smaku, produkowanymi prawdopodobnie jaki odpad w przetwórstwie tworzyw sztucznych; ja tam w każdym razie kokosa czułem.
  • ciastka z nadzieniem porzeczkowym – to pełen sukces, zeszły błyskawicznie, choć okazało się, że to specjał z Tajwanu, a Tajwan z kolei ma szeroki wybór produktów japońskich, więc Japończycy znali ten smak i lubili.
  • czipsy Lay’s o smack morskiej soli i czekolady; to nie chiński specjał, ale katalizator do tego, żeby naruszyć leżące w lodówce piwo; zjedli, ale powoli i do tego śmiali się, że słony smak zabija słodki i w sumie są bez smaku; nie sposób się nie było z tym zgodzić.
  • chrupiące rybie kręgosłupy, o angielskiej nazwie Crisp Fish. Jedzenie ości to dla nas nic nowego (można zajrzeć do wpisu z zeszłego roku, gdzie raportuję jedzenie sanmy, japońskiej ryby specjalnego przeznaczenia); jeszcze nie otworzyliśmy paczki z tym przysmakiem, więc nie napiszę jak wyszedł odbiór.
  • melona – w Japonii melony są bardzo znane i pierońsko drogie, więc ten chiński przysmak byłby bardzo mile widziany. Niestety, na lotnisku przyszło mi do głowy, żeby mojego melona zameldować u dziadka na kontroli produktów żywnościowych i niestety pan melona zakosił. Na pocieszenie dostałem ulotkę z listą zakazanych owoców i chusteczki na otarcie łez. Przy okazji wyrażę swoje skromne zdanie, że utrata melona najpewniej nie była spowodowana żadnym zagrożeniem biologicznym, a jedynie mytem.

Do koszyka dołożyłem jeszcze mały szampon, ponieważ ten hotelowy nie spełniał do końca moich oczekiwań, ale pani przy kasie nakrzyczała na mnie, pokazała że nie ma kodu kreskowego, jeszcze trochę pokrzyczała i jasno pokazała, żebym spadał bez niego.

IMG_3588IMG_3589

Kolejny dzień zacząłem do pierogów, a bardziej precyzyjnie od chińskich jiaozi, znanych w Japonii jako gyoza. Do kupienia mrożone w kerfurze, zapewne pod nazwą „pierożki chińskie”. Zamówiłem je w małym barze po drodze ze stacji metra do instytutu, gdzie odbywała się konferencja, pokazując palcem na zdjęcie na ścianie. Potem musiałem jeszcze odpowiedzieć na kilka pytań, ale ponieważ nie miałem pojęcia o co pytają, moja odpowiedź mogła nie być satysfakcjonująca.

Lunch organizowali organizatorzy (proszę, jak to słowo pięknie obrazuje ich rolę!). Niestety jego jakość, a w szczególności podanego w nim ryżu, była wątpliwa i nie umywała się do tego, co można było zjeść tanio zaraz za bramą instytutu. Nad mizernym ryżem udało mi się nawiązać dobry kontakt biznesowy i przyciągnąłem sobie rozmówcę do odbywającej się po posiłku sesji plakatowej.

Kolejny wieczór spędziłem na spacerze w kierunku przedmieść, ponieważ „prawdziwe życie klasy średniej niższej” rzadko toczy się na deptakach. Poza ścisłym centrum było znacznie więcej jedzenia ulicznego, udało mi się kupić coś, co w smaku przypominało warszawską zapiekankę. Tyle, że mogłem sobie wybrać którą chciałem prosto z grilla, wybrać który sos chcę (nie miałem oczywiście pojęcia jakie są rodzaje, a keczupu najwyraźniej pan sprzedawca nie miał) i pomaszerowałem z takim zakupem dalej. Wracając przeciąłem centrum dzielnicy Xujiahui, gdzie znów było wielkomiejsko, ale nadal bardziej jak w Europie, niż w Japonii.

Ostatniego dnia z rana trafiłem na zawijaną w ryż smażoną mieszankę różnych rzeczy, podaną z kubkiem gorącego mleka sojowego. Po rozdaniu nagród za najlepsze plakaty, które niestety trafiły w inne ręce, zręcznie uniknąłem wciągnięcia na miejscowy lunch i ruszyłem zjeść coś na mieście. Udało mi się rozpoznać część znaków na tablicy z menu, ale najwyraźniej znaki te nie miały szczególnego znaczenia, bo dostałem coś innego, niż się spodziewałem. Z takim posiłkiem, zalanym jeszcze jedną bubble tea, ruszyłem na lotnisko.

Tym razem planowałem skorzystać z bogatego środka komunikacji, łączącego lotnisko z miastem magleva. Ponieważ maksymalna prędkość pociągu zależy od pory dnia, postanowiłem poczekać 30 minut do godziny, kiedy będzie mógł rozwinąć maksymalną prędkość, 431 km/h. Na stacji, oprócz licznych sklepów i dobrze zamaskowanego wejścia na perony, znajdował się Burger King. A ponieważ staram się próbować sieciowych hamburgerów w każdym kraju, który odwiedzam, usadziłem się jeszcze na chwilę ze stosunkowo niedrogim Whopperem, który okazał się znacznie smaczniejszy od przeciętnego japońskiego hamburgera!

Stacja magleva była bardziej ekskluzywna, niż zwykła stacja kolejowa i widać było, że chcieliby naśladować japońską obsługę shinkansensów.

DSC_0661.jpg

Bilety na podróż, przy okazaniu ważnej rezerwacji lotniczej na ten sam dzień, kosztowały 40 yuanów, czyli 25 zł. Mniej, niż moja godzinna podróż zwykłą kolejką na tokijskie lotnisko Haneda. Ku mojemu zaskoczeniu w środku najszybszy pociąg w Chinach (a może i regularnie kursujący na świecie?) był dość tandetny. Tu coś odłazi, tam coś lata – słowem do przeciętnego shinkansena się nie umywa. Ale na szczęście jeździ jak powinien i po niecałych 8 minutach podróży dotarliśmy na położone 30 km dalej lotnisko.

W podsumowaniu muszę wspomnieć, że w Szanghaju wszechobecne są produkty japońskie, i to nie tylko haj-teki, co zrozumiałe, ale i produkty spożywcze. Już na lotnisku widać wielkie reklamy japońskich firm (np. znanego mi chemicznego koncernu Toray). W drugą stronę jest na odwrót – w Tokio chińskie korporacje raczej się nie reklamują.

Jeśli chodzi o mieszkańców, to oczywiście po czterech dniach nie można nic wnioskować, ale rzuciło mi się w oczy, że w metrze prawie wszyscy zapatrzeni byli w telefony lub tablety i wiele osób (nie napiszę jakiej płci, żeby nikomu się nie narażać) oglądało chińskie telenowele. W Japonii oczywiście też wszyscy się gapią w telefony, ale przynajmniej czytają mangi. No i grają w durne gry, więc w sumie na jedno wychodzi…

Szanghaj polecam serdecznie!

Reklamy

2 thoughts on “Szanghaj, część druga

  1. a ja pamiętam taką piosenkę:

    hodowałem melony
    każdy melon jak byk
    aż tu razu pewnego
    jeden melon mi znikł

    to chyba o Tobie. a temu dziadkowi na kontroli nie chodziło o myto, tylko że melon był niemyty. no cóż, cieszę się, że ja swoich kiełbas nie deklarowałem…

  2. No serio, mógłbym podpisywać te zdjęcia: „pasaż Wiecha”, albo „Chmielna”. Tylko brzeg rzeki troszkę inaczej zagospodarowany.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s