Czy rzeczywiście all your base are belong to us?

Umiejętność posługiwania się językiem angielskim nie jest w powszechnej opinii mocną stroną Japończyków. Kaleczenie języka angielskiego przez tubylców od dawna jest obiektem żartów, w szczególności w internecie. Nie jest to fałszywy stereotyp, który wziął się znikąd (albo został nieuczciwie zbudowany przez tych wstrętnych Chińczyków). Przypadki podobne tytułowemu „all your base are belong to us” można spotkać żyjąc w Japonii na każdym kroku. Moim ulubionym zwrotem na razie pozostaje „her cat is a little dead” (BTW, kto zgadnie dlaczego „a little”?).

Aybabtu

Rzecz jasna, są Japończycy, którzy mówią po angielsku doskonale, i tacy, którzy nie bąkną ani słowa. Jak w każdym kraju. Na marginesie, najciekawszymi przypadkami do studiowania są jednak nie ekstrema, a sytuacje przeciętne. Tacy zawodnicy, co już trochę mówią i rozumieją z grubsza co się mówi do nich, ale nadal wiele im brakuje do płynności. Obserwując takich średniaków, to, jaki trud wkładają w dalszą naukę i co z tego wynika, można wyciągnąć mnóstwo ciekawych wniosków.

Ale zamiast roztrząsać tutaj poziom językowy (i potępiać publicznie moich chlebodawców), chciałbym zaraportować swoje obserwacje na temat głównych przeszkód i utrudnień w nauce języka angielskiego przez Japończyków.

1. TOEIC, czyli główny językowy rak toczący japońskie społeczeństwo. Spopularyzowany na początku lat 80. ubiegłego wieku test, do którego co roku staje prawie 2.5 miliona osób (tutaj więcej szczegółów). Praktycznie każdy Japończyk wie, czym TOEIC jest, ponieważ jest to standardowy test używany w szkołach, na uczelniach i w firmach. I teraz na czym polega cała sztuczka: używany w Japonii TOEIC to starsza wersja składająca się pytań z rozumienia ze słuchu i z rozumienia tekstu. Nie ma ani pisania, ani mówienia.

Ponieważ japoński uczeń, który języka angielskiego chce się nauczyć, prędzej czy później tego TOEICa będzie zdawał, najprawdopodobniej będzie się uczył pod kątem egzaminu. Tak jak przez całe młode życie uczy się pod kątem egzaminu do liceum, na studia itd. A ponieważ w TOEICu nie ma ani pisania, ani mówienia, umiejętności te nie są rozwijane. Teraz podobno jest lepiej, ale jak rozmawiam z moimi równolatkami, to niektórzy z nich nie powiedzieli po angielsku ani słowa w swoich szkołach (jestem w stanie w to uwierzyć).

Osobę uczącą się pod kątem tego testu łatwo rozpoznać w akcji. Prawdopodobnie będzie znała różne „biznesowe” słowa, ale nie będzie potrafiła złożyć zdania w czasie przeszłym prostym. I to nie jest ani żart, ani hiperbola. Znam przypadki rzucania z rękawa akcjonariuszami, a jednocześnie braku umiejętności złożenia z tym słowem jakiegokolwiek angielskiego zdania. I nijak nie wytłumaczysz, że gramatyka jest równie ważna (a pewnie i ważniejsza), gdy chcesz/musisz z kimś porozmawiać.

2. Wszechobecne angielskie słowa i anglicyzmy. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma w tym nic złego – ba, nawet obcując z językiem na co dzień, powinniśmy się go szybciej uczyć. Pewnie i racja, ale cały efekt torpedowany jest przez trzy czynniki. Raz, że te angielskie słowa mają swoją japońską wymowę, zazwyczaj zapisaną, dla ułatwienia, rzecz jasna, w katakanie. Dwa, że często angielskojęzyczna treść jest tworzona przez osoby niemające bladego pojęcia o tym języku. Bo tak jest cool. A trzy, że niektóre z tych angielskich słów, rozumiane doskonale przez Japończyków, są zupełnie obce dla rodowitych Brytyjczyków czy Amerykanów.

Rozpoznanie pierwszego z problemów można z łatwością zrobić wsiadając do pociągu byle jakiego. Z reklam, wydrukowanych na kartonach i wywieszonych nad głowami pasażerów, aż wylewają się angielskie słowa. Weźmy reklamę hotelu „The Green Leaf”. Po japońsku „Za guriinriifu hoteru”. Jeśli każdego dnia widzimy „the” zapisane jako „za” (a wymawiane jako polskie „dza”), to automatycznie wbijamy sobie do głowy wymowę, która będzie absolutnie niezrozumiała dla obcokrajowca. W dodatku w niektórych szkołach też uczą angielskiej wymowy przy pomocy japońskich dźwięków. A te, jak wiedzą czytelnicy językowych postów z Katahiry, nie są zbyt bogate. Dlatego zawsze „weather” będzie „uezaa”, „white” – „howaito”, a „love” – „raabu”. Królem  w tej kategorii jest jednak angielski wyraz „button”. Nawet osoby, które nie mają zazwyczaj problemów z wymową angielskich słów, powiedzą „botan”, co, przynajmniej u nas, wywołuje zawsze lawiny śmiechu.

Osobną kategorią są anglicyzmy o niezrozumiałym poza Japonią znaczeniu. Znane pod wspólną nazwą 和製英語 (wasei-eigo, czyli dosłownie „angielski powstały w Japonii”), nie są przez znaczną większość rozpoznawane jako niewystępujące w języku angielskim. Krótką listę daje Wikipedia, trochę lepsza jest pod tym linkiem. Polecam zapoznać się wymienionymi tam słowami. Oprócz popularnych salarymana (sarariman) i sharp pencil (shaapu penshiru), znajdziemy tam takie perełki jak symbol mark (shimboru maaku) [logo], viking (baikingu) [bufet xD] czy only one (onurii wan) [unikalny]. Wszystkich tych wyrazów musiałem się tu nauczyć i mam szczerą nadzieję, że po wyjeździe z Japonii uda mi się ich skutecznie oduczyć.

3. Japońska kultura honne i tatemae. Jeżeli rozmawiający z nami Japończyk powie, że musi się koniecznie podszkolić w angielskim, a najlepiej od jutra, to w większości przypadków będzie to znaczyło, że wcale takiego zamiaru nie ma. Po prostu wypadł przed nami źle, musi zadeklarować poprawę, bo tego wymaga kultura. Deklaracji, nie samej poprawy. Ile ja się tu nasłuchałem, że już zaczynają się uczyć, najlepiej ze mną, ba – od dzisiaj! Oczywiście nikogo to z podręcznikiem przy biurku nie przyłapałem, poza jednym przypadkiem który twardo wkuwał książkę z dziwięcioma tysiącami angielskich słów – ale raz, że ta osoba znała dobrze gramatykę i wzbogacanie słownictwa bardzo wiele jej dawało, a dwa, że ani razu nie powiedziała mi, że od jutra się uczy.

4. I na koniec uniwersalna wymówka – jako naród, jesteśmy bardzo nieśmiali. Oczywiście jest tu trochę racji – wykonywanie obowiązków prawidłowo to bardzo ważna rzecz w japońskim społeczeństwie, więc każde potknięcie może być odebrane znacznie silniej, niż podobny wypadek w Europie czy Stanach. Ale nie może być to wymówka na każdą okazję, odmieniania przez wszystkie przypadki i stosowana nie tylko względem siebie, ale – nawet bardziej – narodu jako całości. Co ciekawe, tubylcy nie są tak bardzo wstydliwi, kiedy wymiotują na chodniku albo śpią z gołym zadkiem na podłodze w pociągu. Tak, proszę państwa, wolność i szybkość to są dwie zupełnie różne rzeczy!

Reklamy

2 thoughts on “Czy rzeczywiście all your base are belong to us?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s