Kagoshima: góry, wulkany, onseny, rameny – część trzecia

Po zakończeniu zwiedzania części pseudokontynentalnej Kagoshimy wyruszyliśmy południe, w kierunku niewielkiej wyspy Yakushimy. W gruncie rzeczy to Yakushima była głównym celem naszej wyprawy, a miasto Kagoshima i okolice zobaczyliśmy tylko przy okazji.

Yakushima jest położoną ponad 100 km na południe od Kagoshimy wyspą. Znana jest z wyjątkowo deszczowego klimatu; roczny opad tam jest najwyższy w Japonii i jednym z większych na świecie. Oprócz tego słynie z prastarych cedrów (najstarszy ma ponad 2000 lat, ale nie wiadomo ile dokładnie), szlaków biegnących przez gęste lasy, onsenów.

Dojazd na wyspę zapewniają linie lotnicze, aczkolwiek bilety są dość drogie, a loty niezbyt częste.  Z racji krótkiego pasa połączenia obsługują małe samoloty, jak Saab 340. Przyznam się, że z tego powodu chętnie bym spróbował lotu, bo nie leciałem jeszcze niczym mniejszym niż Bombardier Dash 8-300. Oprócz samolotów kursują tu także duże promy samochodowe, będące najtańszym sposobem dostania się na wyspę, oraz szybkie wodoloty.

Kagoshimę opuściliśmy rano, płynąc pierwszym rannym promem. Pasażerowie klasy drugiej mieli do dyspozycji przestrzeń spacerową, pokład widokowy, a także przestrzeń do spania, którą była przestronna, wyłożona wykładziną podłoga. Japoński styl. Skusiliśmy się na promową sobę, co okazało się być srogim błędem. Po ok. 4 godzinach podróży dotarliśmy do portu w Miyanourze, jak mogliśmy się spodziewać – deszczowej. Znaleźliśmy miejsce osłonięte od deszczu, kawiarenkę przy informacji turystycznej i spróbowaliśmy tamtejszych lodów. W menu nie umieszczono informacji, że są za małe i niewystarczająco smaczne w stosunku do ceny.

DSC_0900DSC_0904DSC_0907DSC_0908

Ponieważ nie mieliśmy jeszcze zaplanowanego noclegu, a gdzieś zalec wypadało, zrobiliśmy internetowy rekonesans, zlokalizowaliśmy przystanek autobusowy, z którego odjeżdżał autobus wiozący nas do upragnionej lokacji. Nie było to specjalnie trudne, bowiem na wyspie jest jedna główna droga, biegnąca wzdłuż wybrzeża. Oprócz tego jest kilka większych odnóg biegnących w kierunku gór, leżących w centrum wyspy, oraz niezliczona liczba wąskich dróżek, prowadzących do domów, domków, domeczków i lotniska. Jeśli planujemy poruszać się po okolicy sporo, warto zakupić kilkudniowy bilet autobusowy. Przejazd z Miyanoury, na północnym zachodzie, do Hirauchi, na południu, kosztuje ponad 1000 jenów. A za 3000 jenów można kupić bilet trzydniowy.

Yakushima_Large_Colour_Map_Scan_English

Na cel upatrzyliśmy sobie nowy gesutohausu, położony w południowej części wyspy, niedaleko miejscowości Mugio. Co prawda nie ma tam w okolicy nic specjalnego, ale z biletem w dłoni można prosto dojechać na zachodnią stronę wyspy, wrócić do Miyanoury, a także szybko dostać się do portu w Anbo. Autobus wyrzucił nas tuż przy moście przewieszonym ponad płynącą w dole rwącą rzeką Tainoko. Powitał nas taki widok:

12472608_1110232079036540_3311620705743047033_n.jpg

Bystre oko ujrzy dach skryty za drzewami w centralnej części zdjęcia, a mniej bystre zawiesi je na pięknych górach widocznych w tle. Ruszyliśmy więc boczną drogą w kierunku, gdzie powinna być nasza kwatera i po kilku minutach dotarliśmy do nowiutkiego drewnianego domu pod szyldem Guesthouse Yakushima, zaprojektowanego od podstaw pod niedrogi obiekt noclegowy. Zresztą zareklamuję go tu, bo naprawdę warto.

Po drodze, autobusem, mijaliśmy wiele rzek, które dawały nazwy przystankom autobusu. jeżeli na godzinnej trasie jest 80-90 przystanków (na szczęście na żądanie), a na wyspie za wiele nie ma, to najłatwiej nazwać przystanki od pobliskich rzek. Jedna z rzek miała bardzo osobliwą nazwę: shochu-gawa, czyli rzeka shochu, nawet pisana tymi samymi znakami.

Właściciel, sympatyczny i pomocny, acz sprawiający dość flegmatyczne wrażenie starszy pan, doradził nam, co jeszcze tego samego dnia możemy zrobić. Wybraliśmy nieduży, ale znany z doskonałej wody onsen, położony kilka kilometrów dalej, w Onoaidzie. Jak to w lokalnych onsenach bywa, byli tam sami Japończycy, w większości starsi. Ten onsen miał tylko kryte łaźnie, po jednej dla kobiet i mężczyzn. Woda była gorętsza niż ustawa przewiduje, więc pomoczyliśmy się krótko (ale w unikalnej atmosferze!) i ruszyliśmy na piechotę w drogę powrotną. Właściciel zaproponował wcześniej, że odbierze nas swoim samochodem, ale nie po to wakacjujemy, żeby unikać nocnych spacerów na tropikalnej wyspie, nie?

DSC_0922.jpg

Dnia kolejnego za cel obraliśmy jeden z najbardziej znanych punktów wyspy, las Shiratani Unsuikyo. Pokryty gęstą roślinnością i mchem las służył jako inspiracja do filmu studia Ghibli Księżniczka Mononoke, ale jak ktoś nie jest into hińskie bajki, to informacja ta nie będzie specjalnie robić wrażenia. Za to las, całość przyrody i widok ze zlokalizowanej na końcu szlaku skały – jak najbardziej.

Korzystając z naszego biletu autobusowego wcześnie rano ruszyliśmy w kierunku lasu. Dojazd zajął 1,5 gdziny i o 9 rano opłaciliśmy 300 jenów za wejście i ruszyliśmy na szlak. Pierwsza część trasy była wybrukowana albo pokryta drewnianym chodnikiem, dzięki czemu osoby w każdym wieku mogły udać się na spacer. Dalej było coraz ciężej, więc po trochu coraz więcej grup odpadało. My wybraliśmy najdłuższą trasę, bo mieliśmy do zagospodarowania ponad 4 godziny i chcieliśmy połazić w ciszy i spokoju.

DSC_0952

DSC_0958

DSC_0969

DSC_0994

DSC_1037

Zgodnie z oczekiwaniami, najdłuższa trasa była niezbyt uczęszczana i na tyle skomplikowana, że raz udało nam się niechcący zawrócić i iść przez jakiś czas pod prąd. A ponieważ nikt nie nadchodził z naprzeciwka, na początku nie byliśmy pewni, czy idziemy dobrze, czy źle. W końcu jednak ustaliliśmy prawidłowy kierunek i nasza ścieżka połączyła się z głównym, najpopularniejszym szlakiem.

Na bardziej zatłoczonej trasie dało się zaobserwować charakterystyczną cechę Japończyków, szczególnie tych doroślejszych. Jeżeli idą na trekking, to muszą mieć odpowiedni strój. Dokładny typ zależy od pogody, ale w ciepłe dni może wyglądać tak: kapelusik chroniący przed słońcem (okulary przeciwsłoneczne są domeną złoczyńców z mangi i porządni Japończycy ich raczej nie używają), sportowa bluzka z długim rękawem, na którą założony jest sportowy t-shirt, plecak turystyczny, długie spodnie bądź krótkie + czarne leginsy pod spodem i obowiązkowo specjalne buty na szlak. W większości przypadków na sprzęcie widać loga dużych producentów sprzętu sportowego; w Japonii estymą cieszą się Za Noosu Feisu (The North Face) i Mon-Beru (Mont-Bell, producent tutejszy). Z jednej strony nikt tu nie gania po górskich szczytach w klapkach albo na obcasach, a z drugiej patrzą się na mnie dziwnie, jeśli nie mam specjalnych, nieprzemakalnych spodni na czterogodzinny trekking.

Na głównej ścieżce spotkała nas niespodziewana przygoda. W pewnym momencie wyprzedaliśmy parę starszych pań, które przystanęły na boku i próbowały sobie zrobić nawzajem zdjęcie, niestety trochę pod słońce. W dodatku nie pasowały trochę do innych turystek, bo były ubrane mniej turystycznie, a bardziej artystycznie. Zatrzymałem się więc i nieśmiało zaproponowałem po japońsku, że zrobię im zdjęcie razem. Na początku były trochę przestraszone, bo najwyraźniej jakiś osobliwy zawodnik je napastuje na wycieczce, która zapowiadała się tak spokojnie. Ale przemyślały sprawę i zdecydowały, że dadzą sobie pomóc. Zanim jednak przeszliśmy do rzeczy, zapytały skąd jesteśmy. A ja tłumaczę, że w sumie to z Polski, ale mieszkam w Kanagawie. I się zaczęło. Bo jedna z nich, ta bardziej artystyczna, też jest z Kanagawy. A to już coś znaczy, proszę Państwa. Po krótkiej wymianie adresów okazało się, że rzut beretem ode mnie, zaraz obok mojej wypożyczalni filmów. Były tak zachwycone tym faktem, że zaraz chciały zdjęcie ze mną, po czym opowiedziały czym się zajmują (jedna pani była instruktorką oshibany, sztuki tworzenia obrazów z płatków kwiatów, a druga jej uczennicą), opowiedziały o swojej rodzinie, pokazały na telefonie zdjęcia mężów, dzieci oraz wnuczek, opowiedziały gdzie się uczą i, rzecz jasna, ile mają lat. Dowiedziałem się też, że drugiej z nich urodziła się niedawno pierwsza wnuczka i bardzo się cieszy (zdjęcia były, były!), no bo wie pan, panie Adamie, syn ma już ponad 40 lat, a dopiero pierwsze dziecko… Także zeszło w sumie dość długo, ale było to bardzo zaskakujące i sympatyczne. Przypomnijmy, że do eskalacji konwersacji doszło dlatego, że mieszkam w Kanagawie.

Wymieniliśmy się wizytówkami, bo wiadoma sprawa – zawsze trzeba je przy sobie mieć – i pożegnaliśmy się serdecznie.

DSC_1000

Na końcu szlaku czekało nas dość strome podejście po skałach i wystających korzeniach, ale dzięki temu wspięliśmy się na lokalne maksimum topograficzne, wychynęliśmy z lasu i naszym oczom ukazał się piękny widok na okolicę. Duża skała na której staliśmy, Taiko Iwa, nie była niczym ogrodzona, co było dla mnie zaskakujące.

DSC_1014

DSC_1016

Po nacieszeniu się widokiem ruszyliśmy w kierunku wejścia, aby zdążyć na autobus powrotny (były tego dnia dwa albo trzy, więc bez żartów). Wieczorem jeszcze spacer po okolicy, a rano do portu w Anbo. Obowiązkowo musiałem kupić jakieś omiyage do labu. Ponieważ na całej wyspie była jedna destylarnia shochu, wybór był prosty – butelka lokalnego Mitake, destylowanego z ziemniaków. Potem załadowaliśmy się na wodolot – co ciekawe, model Boeing 929, nazwany podobnie jak samoloty tej marki – i wróciliśmy do Kagoshimy, skąd pekaes zabrał nas na lotnisko.

Yakushima jest kolejnym punktem w Japonii, który zagraniczni turyści z braku czasu omijają, ale ja gorąco polecam odwiedzenie tego pięknego, tropikalnego zakątka. Pamiętajcie: góry, wulkany, onseny, rameny (i shochu)!

Advertisements

8 thoughts on “Kagoshima: góry, wulkany, onseny, rameny – część trzecia

  1. Eskalacja konwersacji to brzmi groźnie, dobrze że nic Wam się nie stało. I fajne zdjęcia na kamieniu, czyżby to jakieś lokalne maksimum?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s