Czy mogę być winna jenika?

Tytułowe zdanie w wersji z „grosikiem” słyszał chyba każdy i to przynajmniej tyle razy, że w sumie zebrałyby się do dyszki albo i lepiej. W Japonii natomiast przez cztery lata ani razu nie zdarzyło się, żeby ktoś nie wydał mi pełnej reszty na zakupach. Powodów ku temu jest kilka, zacznijmy więc od najbardziej oczywistych.

Przede wszystkim nie mieści się to w japońskiej kulturze; kto był, to widział, a kto nie, to słyszał lub czytał, o wyjątkowej skrupulatności kasjerów i, szerzej, osób pracujących w usługach. Przyjęte od klienta pieniądze pozostają na widoku aż do wydania reszty, banknoty wydawane klientowi są przeliczane wyraźnie przed oczami obu zaangażowanych w transakcję osób, układanie banknotów w czytelny sposób i każdorazowa prośba (choć po japońsku) o sprawdzenie, czy kasjer nie wydał za mało bilonu. Ale to każdy z pewną wiedzą o Japonii może sobie wydedukować, więc przejdźmy do powodu drugiego.

Pomimo niezwykle licznych miejsc, gdzie gotówki można się pozbyć, coraz częściej zdarza się, że fizyczny pieniądz nie wędruje bezpośrednio od klienta do pracownika. Swoją robotę robią tu liczna automaty: od tych z napojami, przekąskami i papierosami, będących niejako znakiem rozpoznawczym Japonii, po te ustawione w knajpkach, gdzie składamy zamówienie i płacimy często zanim nawiążemy jakikolwiek kontakt z obsługą. Do tego automaty sprzedające bilety na pociąg i samoobsługowe kasy w supermarketach. Na marginesie – zdarza się, że towary na kasie w sklepie przelicza pracownik, a po zsumowaniu odsyła nas do niewielkiego terminala, gdzie sami mamy rozprawić się z płatnością.

Swoją rolę odgrywają także coraz powszechniejsze karty przedpłacone, tzw. 電子マネー (denshi mane), czyli opisywane tu już nie raz karty PASMO, Suica i inne: ich regionalne odpowiedniki oraz produkty zupełnie odrębne. Oprócz swojej tradycyjnej roli, czyli narzędzia do płatności za przejazd koleją, służą do płacenia w autobusach, sklepach, automatach, stołówkach, itd.

Prized wszystkim jednak, w Japonii sprzedawane produkty praktycznie nie mają cen typu X,99 (czy bardziej realnie, X99)! Odkąd pamiętam, w Polsce (i nie tylko, rzecz jasna) praktycznie każdy zakup musiał się kończyć tą nieszczęsną końcówką 49 lub 99 groszy. Że niby jakiś „efekt psychologiczny” występował, choć wydaje mi się, że lata groszowej tresury skutecznie go wyrugowały z umysłów dorosłych ludzi. Zwłaszcza, że w języku polskim powiedzenie „trzydzieści dziewięć, dziewięćdziesiąt dziewięć” (a co dopiero napisanie, hehe!) jest sporo trudniejsze i dłuższe, niż „czterdzieści bez grosza” czy „cztery dychy”. A ponieważ w tych ostatnich formach pojawia się słowo kluczowe „czterdzieści”, efekt pryska.

Nie to, żeby w Japonii wszystko zaokrąglano do pełnych dziesiątek; co to, to nie. Jest to regułą tylko w automatach, które pięciojenówek i jednojenówek po prostu nie przyjmują. Więc napój kosztuje 120 lub 150 jenów, bilet kolejowy 120 lub 200 i tak dalej. Jednak w sklepach, i to zarówno tych dużych, jak i we wszędobylskich konbini, zobaczymy raczej bardziej orientalne ceny: 92, 108, 129, 162 i różne inne kombinacje, często nie zakończone ani na 9 ani na 0. Dlaczego? Częściowo winnym jest podatek konsumpcyjny i w dłuższym okresie przyzerowa inflacja.

Podatek konsupcyjny, z punktu widzenia konsumenta działający podobnie jak VAT, nie jest w Japonii bardzo starym konceptem. Wprowadzony został w 1989 roku, na poziomie 3%, a  następnie podniesiony do 5% w 1997 i do 8% w 2014. To nie koniec – docelowo ma wynosić 10% i pierwotnie miało się to stać w 2015 roku, jedynie 18 miesięcy po wprowadzeniu stawki 8%. Już kilkukrotnie przekładano jego podniesienie i wg obecnych planów ma to się stać w kwietniu tego roku. Biorąc pod uwagę bardzo niską zmienność cen japońskich produktów na rynku lokalnym, nawet ten wzrost cen o 2 czy 3 punkty ma wyraźny efekt końcowy.

Prawdopodobnie dlatego zdecydowano się zostawić „równą” cenę netto (np. 100 jenów), często podawaną także na metkach cenowych i opakowaniach, a cenę brutto zrobić „nierówną”, żeby, po pierwsze, zaznaczyć, że wzrost spowodowany jest podatkiem i wina nie leży po stronie sklepu (widać to jak na dłoni na przykładzie 108 jenów), a po drugie, po ponownej podwyżce dojść do „równiejszej” wartości (np. 110 jenów), bez zmiany ceny netto. Ponieważ jednak wzrost podatku odłożono w czasie, zostaliśmy przez kilka lat z takimi potworkami jak 216 czy 1080 jenów.

Więcej (choć nadal w telegraficznym skrócie) można przeczytać w popełnionym dość dawno temu wpisie Japońskie podatki (nota bene drugim najpopularniejszym na Katahirze), a o kartach przedpłaconych tu.

Advertisements

7 thoughts on “Czy mogę być winna jenika?

  1. Idealnie pasuje to do moich przedchwilowych przemysleń. Byłem w sklepie. Kwota do zapłaty 17,39zł. Dałem 20zł.
    – 3 złote?
    – nie mam drobnych
    – może 2,40?
    – nie mam monet
    – 50gr?
    – też nie
    – a chociaż 9gr?
    Ostatecznie z oburzeniem wydano mi resztę.
    Po drodze do domu myślałem, że gdyby taka rozmowa wydarzyła się w Japonii, to szanowny klient miałby prawo odciąć kasjerowi głowę i każdy sąd by go uniewinnił.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s