Pół roku poza Japonią – czego mi brakuje?

Pół roku (prawie co do dnia!) od wyjazdu z Japonii to dobry czas, żeby przyznać się za czym w japońskim życiu tęsknię. Takich rzeczy jest oczywiście dużo, ale wybrałem te pięć, które nie tylko najmocniej dają się we znaki, ale też są uniwersalne i brakować mogłoby ich każdemu.

Ramen. Tu wątpliwości nie mam żadnych. Już jedząc ostatni ramen na stołówce uniwersyteckiej, a jest to wyrób nie cieszący się przesadną estymą wśród rodowitych Japończykow, wiedziałem, że będę za nim tęsknił. O bardziej wyszukanych jego odpowiednikach, takich jak mój ulubiony przysmak z Iwasa-ramen na Chuo-Rinkanie, nawet nie wspominając. O ramenie ogólnie można poczytać na jednym z wcześniejszych wpisów.

Pierwszy ramen poza Japonią jadłem w Warszawie, na Oleandrów. Zupka była smaczna i całkiem wyszukana, tyle że nie miała z japońskim ramenem aż tyle wspólnego, ile bym oczekiwał. Poza tym jedzenie typowo fastfoodowego ramenu w restauracji (bez siorbania!) jest… dziwne. Pomyślcie „zapiekance z szynko i pieczarko raz” podanej na wielkim, białym talerzu w restauracji.

Ucieszyłem się więc, gdy okazało się, że jedna ze stanfordzkich jadłodajni serwuje ramen na okrągło! Niestety, produkt okazał się tak fatalny, że nawet nie wiem od czego zacząć. Ale widzę, że ludzie to jedzą, więc może po prostu nie przepadają za ramenem. Na pewno jeśli odwiedzę jakąś porządną rameniarnię, to się na tych łamach pochwalę.

Komunikacja szynowa. Tu nie ma się co dziwić, bo kto raz zakosztuje sieci kolei i metra w Tokio, ten zawsze będzie za nią tęsknił. Miłości do tokijskiej kolei dawałem już wyraz tu i tu.Wsiadasz na Chuo-Rinkanie w pośpiech, za 45 minut jesteś na Shibuyi, za godzinę pod Tokyo Station, a za dwie gdzieś hen w Saitamie, 90 km dalej. Do tego wygodne w użyciu karty prepaid, czytelne oznakowanie przesiadek oraz cisza i spokój w pociągach. O ile nie są to godziny wieczornego szczytu, rzecz jasna. A, i Japonia za oknami!

Warszawska sieć tramwajowo-autobusowa też działa nieźle, jak na swoją skalę, więc na nią złego słowa nie powiem. Ale między San Francisco a Doliną Krzemową sprawy mają się już znacznie gorzej.

Pociąg jest i nazywa się Caltrain. Jeździ co trzy kwadranse. Albo co godzinę. Albo co półtorej. Zależy na jaką porę dnia i tygodnia się trafi. Jest chyba najgłośniejszym pociągiem, jaki widziałem, a do tego dumnie w kółko tym przypomina trąbiąc. No i ciągnie go lokomotywa dieslowska, bo sieci jeszcze nie zelektryfikowano. Śmieją się trochę z Kalifornii, że chcą budować Hyperloopy, a osiemdziesięciu kilometrów linii kolejowej nie potrafią sobie zelektryfikować. Do tego dołóżcie jeszcze niskie perony i wysokie wagony i możecie poczuć się jak na początku XX wieku. No dobrze, ma też swoje zalety (klimat! i można w nim pić alkohol, w odróżnieniu do terenów, przez które przejeżdża), ale o nich kiedy indziej.

Automaty z napojami. Wszechobecne maszyny, które za 100–150 jenów poratują w gorące i wilgotne lato zimną colą albo sokiem pomarańczowym, a w zimę gorącą, słodką kawą w puszce; na przykład na szczycie góry Fuji, 12 000 stóp… pardon, ponad 3,5 km na poziomem morza.

Mój ulubiony automat z napojami znajduje się na wyspie Iriomote, w środku niczego, na współrzędnych 24°22’43.7412″, 123°45’07.9236″. Proszę sobie wkleić te współrzędne do okienka wyszukiwania na mapach Google i otworzyć widok ulicy. W zaznaczonym miejscu, pod foliowym niby-daszkiem znajduje się sprawny automat z napojami (widoczny też na jednym ze zdjęć w opisie tamtej wyprawy). Co prawda zakupiony przez nas w kwietniu 2014 roku napój był już przeterminowany (ile napój w puszcze musi leżeć, żeby być przeterminowany?!), ale może teraz jest lepiej.

Kaiten-zushi. Czyli takie sushi, które jeździ dookoła, będące w Japonii synonimem taniości, a w Polsce, przynajmniej x+5 lat temu, smaku i bogactwa. W Sendai za godzinową stawkę w niezbyt skomplikowanej pracy można spokojnie najeść się w Sendai Heiroku smacznego sushi, i to nie jakichś mizernych zawijasów na kiju z potrójnym ryżem, tylko normalnych nigiri. I pokrzyczeć do pana kucharza.

Bramki do metra. Tokijskie bramki wejściowe do metra to cud techniki, ale nie wiesz o tym, dopóki nie spróbujesz użyć bramek gdzieś indziej. Przykładasz kartę, czy gołą, czy w portfelu, i zaraz dwuskrzydłowa bramka się uchyla i cię wpuszcza. Jak idzie jedna osoba za drugą, to się nie zamyka między nimi, o ile obie macną czytnik swoją kartą. Jak nie, to szybko zareaguje, zamknie się (bez uszczerbku na zdrowiu dla pasażera) i zapiszczy.

Warszawskie metro, a w szczególności jego II linia, to jakaś pomyłka. Czytnik reaguje na kartę albo z dwusekundowym opóźnieniem, albo wcale. Potem grube szklane płyty zaczną się majestatycznie rozsuwać, a kolejny wchodzący na stację pasażer musi poczekać, aż się zamkną i stać przed bramką. Nie wiem kto to rozwiązanie wybrał, ale pewnie teraz się do tego nie przyznaje.

Ale Warszawa to Warszawa, u nas metro to nowinka, otwarcie pierwszej linii (z Kabat do Politechniki) pamiętam dobrze ja. Kolega Japończyk był ostatnio w Nowym Jorku. Jak było, pytam się, a on odpowiada: jakie te bramki w nowojorskim metrze fatalne! Widziecie, że coś na rzeczy jest.

Zaraz też napłynęły do mojej głowy rzeczy, które z przyjemnością zostawiam za sobą.
Ale o nich w następnym poście. Będzie groźnie!

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s