Pół roku poza Japonią – czego mi nie brakuje?

Wspominać miłe rzeczy z Japonii na blogu to sprawa bardzo prosta. Raz, że jest ich sporo i jest z czego wybierać, dwa, że lejemy miód na serce wszystkim tym, którzy o wyjeździe do Japonii marzą, a trzy, że nikogo w ten sposób nie obrażamy. Z narzekaniem jest trochę gorzej, bo można komuś zaleźć za skórę albo zniszczyć wyidealizowany obraz Japonii i sprowokować reakcję obronną. A jak już ktoś narzeka na Japonię, to zazwyczaj skupia się na jednym z dwóch najbardziej oczywistych tematów: powszechnej dyskryminacji cudzoziemców i niezwykle słabej znajomości języka angielskiego wśród Japończyków. U mnie dziś o tych tematach cisza, więc czytajcie dalej!

Mycie rąk. A właściwie jego brak, w szczególności po skorzystaniu z toalety, u panów. U pań nie wiem, bo nie bywałem w damskich toaletach. Tego się przez tydzień albo dwa nie zauważy, ale prędzej czy później zdajesz sobie sprawę, że coś jest nie tak i zaczynasz natrętnie obserwować swoich współsikaczy kierujących się ku wyjściu. Część wyjdzie z toalety, nawet nie zaszczycając umywalki wzrokiem. Część odkręci wodę i lekko spłucze sobie wierzch dłoni albo palce. Czasami ktoś obleje obie ręce wodą. Ale wyszorować porządnie ręce z użyciem – uwaga – mydła?! O, co to, to nie!

Przez cztery lata byłem w wielu różnych toaletach: na uniwersytetach, na dworcach, na lotniskach, na stacjach metra, i choć nie robiłem szczegółowej statystyki, to bezpiecznie jest przyjąć, że w mniej niż 10% przypadków mężczyzna korzystający z toalety umył porządnie ręce mydłem. Szczęście w nieszczęściu, że wymiana uprzejmości odbywa się bezkontaktowo, przez ukłony, a nie podawanie ręki.

Adresy. Miałem wrażenie, że o japońskim systemie adresowym kiedyś tu pisałem, ale nie mogę śladu po tym znaleźć. W dużym uproszczeniu: w Japonii to nie ulice są adresotwórcze, tylko działki ziemi. W konsekwencji ulice zazwyczaj nie mają nazw, bo i po co. W dodatku zaczyna się od największej jednostki terenu (co akurat ma sens). Polski adres „Koszykowa 86, 02-008 Warszawa” mógłby wyglądać po japońsku „02-008 Mazowieckie, Warszawa, Ochota, Filtry 6-2-1”. Obszar Filtry, znajdujący się na Ochocie, byłby podzielony na pewną liczbę podobszarów (przynajmniej sześć, żeby przykład miał sens), a następnie podobszar na jeszcze mniejsze fragmenty (przynajmniej dwa, bo w adresie powyżej jest 6-2-1). Na tym podpodobszarze jest z kolei pewna liczba działek, a na jednej z nich, z numerem 1, leży nasz budynek. Jeżeli na działce jest więcej niż jeden budynek, należy do adresu dodać nazwisko rodziny, w przypadku domu jednorodzinnego, albo nazwę budynku, w przypadku budynku wielorodzinnego.

Wszystko to wygląda fajnie i zabawnie, ale tylko jeśli ma się pod ręką mapę albo dostęp do internetu. Jeśli nie, to trzeba szukać map z ponumerowanymi obszarami, znajdujących się na większych skrzyżowaniach i przy stacjach kolejowych. W systemach zachodnich, gdzie wszystko opiera się na nazwach ulic, sprawa jest prostsza. Trzeba zapytać przechodnia gdzie znajduje się interesująca nas ulica, znaleźć ją, sprawdzić numer budynku przy którym stoimy i podążać zgodnie z rosnącymi lub malejącymi numerami. W Japonii przechodzień raczej nie będzie wiedział gdzie leżą granice obszarów, nie mówiąc o dokładnej lokalizacji działek. Które w dodatku często nie są numerowane po kolei…

Pogoda. Jeżeli odwiedziliście Japonię w kwietniu–maju albo wrześniu–październiku, to z pewnością byliście urzeczeni panującą tam pogodą. Cieplej niż w Polsce, może jeszcze jakieś kwitnące wiśnie albo jesienne liście, nie pada. W porządku. Problem polega na tym, że w czerwcu zaczyna się mokro i gorąco, w lipcu jest gorąco i mokro, w sierpniu bardzo gorąco i mokro, a od listopada do marca jest zimno. I nie jest to takie polskie zimno, gdzie na zewnątrz jest –5 °C, a w domu 20 °C, gdzie pohasasz sobie na dworze, w śniegu, i wrócisz do domu rozgrzać zmarznięty nos. To takie zimno, że na zewnątrz jest 3 °C, a w środku 7 °C i w sumie to jeśli nie wieje i nie pada, to nie ma po co spieszyć się do domu. Po powrocie, zanim się rozbierzesz, trzeba i tak nagrzać sobie naftą czy inną klimatyzacją. A, i nie wyłączać, bo zaraz znów będzie zimno. W północnej Japonii może być lepsza izolacja mieszkań i podwójne szyby, ale między Sendai a Osaką nie ma co liczyć na przyjemną zimę.

Japońskie gorąco też do najprzyjemniejszych nie należy, choć subiektywnie jest lepsze od zimy. Temperatura powyżej 30 °C jest akceptowalna, o ile nie występuje w parze (hehe) z wilgotnością powyżej 80%. Wychodzisz z budynku i zanim pomyślisz „o, jak gorąco”, już jesteś cały mokry. Co prawda wszystkie budynki są klimatyzowane, podobnie jak sklepy, pociągi i autobusy, ale nie w każde miejsce da się dotrzeć przekradając się wewnątrz budynków.

Reklamy

2 thoughts on “Pół roku poza Japonią – czego mi nie brakuje?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s