Wyprawa 2017: Park Stanowy Valley of Fire

Z Doliny Śmierci ruszyliśmy na wschód, w kierunku pustyni Amargosa i granicy ze stanem Nevada. Zaraz po wjeździe do Nevady skręciliśmy w kierunku Las Vegas, jadąc wzdłuż granicy pustynnego poligonu Nellis, na którym testowano dawniej broń jądrową,  opracowywano najbardziej zaawansowane samoloty (np. Lockheed U-2, Lockheed A-12, Lockheed SR-71Lockheed F-117), a także przetrzymywano kosmitów (przynajmniej według magazynu Faktor X).

DSCF2449.jpg

Łapacz bydła na drodze stanowej nr 373

Las Vegas ominęliśmy umiarkowanie szerokim łukiem i zatrzymaliśmy się na noc w Overton, niedaleko sztucznego jeziora Mead i naszego głównego celu, parku stanowego Valley of Fire (po polsku to jakby „Dolina mjr. »Ognia«”). Kolejny dzień rozpoczęliśmy od krótkiej wycieczki do  miejscowości St. Thomas, w której – zgodnie z planem – nie było zupełnie nic. A nie było nic, ponieważ 80 lat temu miejscowość została opuszczona, gdyż jej obszar miał zostać zalany projektowanym w owym czasie jeziorem Mead, piętrzącym wodę nad tamą Hoovera. Tego samego Hoovera, który był menedżerem futbolowej drużyny Stanforda w pierwszych latach jej istnienia. Czytaj dalej

Reklamy

Wyprawa 2017: w Dolinie Śmierci

Świąteczną przerwę wykorzystaliśmy w tym roku bardzo owocnie. Chociaż nie udało nam się odwiedzić Polski, jak to miewało miejsce w latach ubiegłych, zamiast dobrym japońskim zwyczajem pracować w labie, udaliśmy się na jedenastodniową wyprawę samochodem. Kemping samochodowy ćwiczyliśmy już w Big Sur kilka tygodni temu, teraz nadszedł czas na prawdziwe wyzwanie.

Zaplanowana trasa wycieczki prowadziła na wschód. Dlaczego? Ponieważ na północy jest podobnie jak tu, tylko zimniej (a przypominam, że bądź co bądź, mamy zimę), na południu było cieplej, ale jeszcze kilka dni przed wyjazdem szalały tam pożary, a na zachodzie mamy ocean. Poza tym wschód to góry Sierra Nevada, a dalej pustynie, kaniony, Wielka Kotlina, a w nich mnóstwo atrakcji przyrodniczych pierwszej klasy. Postanowiliśmy więc ruszyć najpierw do Doliny Śmierci, położonej jeszcze na rubieżach Kalifornii, a potem do kolejnych stanów: Nevady, Arizony i Utah. Czytaj dalej

Na kalifornijskiej drodze

Po przylocie do Kalifornii nieuniknione jest błyskawiczne spotkanie z tutejszymi drogami, najczęściej jako pasażer Ubera lub Lyfta albo po prostu swojego znajomego. O ile ogólna koncepcja drogi jest taka sama, jak wszędzie na świecie (może poza niektórymi krajami Azji), o tyle zasady ruchu drogowego i zwyczaje panujące wśród kierowców mogą być cokolwiek zaskakujące.

Rzeczą bardzo rzucającą się w oczy, ale umiarkowanie uciążliwą, są imperialne jednostki miar (od imperium brytyjskiego, dla niewtajemniczonych). Na drodze najbardziej będą interesować nas mile, które charakteryzują się dość prostym przelicznikiem; 1 mila to ok. 1,6 km. Ciekawostką jest to, że na znakach dystans wyrażony liczbą nie będącą całkowitą przedstawiony jest raczej w postaci liczby mieszanej, a nie liczby ze znakiem dziesiętnym. Zamiast „Koziegłowy     1.5 mili” zobaczymy więc „Koziegłowy     1 ½ mili”. Oprócz mil będą nas interesować galony amerykańskie (ok. 3,79 litra), bo to w nich wyrażana jest objętość paliwa. Prędzej czy później natkniemy się też na jardy, stopy, cale, uncje, uncje objętości, kwarty, funty i tony amerykańskie. Wszystkie te jednostki mają swoje przeliczniki, które można zapamiętać i nawet intuicyjnie stosować… dopóki są w pierwszej potędze. Bo z funtem na cal kwadratowy czy milą na galon jest nieco trudniej. Przy okazji, czy wiecie że jeden akr to obszar odpowiadający polu prostokąta o długościach boków 1 łańcuch (bok krótszy) i 1 furlong (bok dłuższy)? To prawie tyle, co 1 morga! Czytaj dalej

Po co brać drewno do lasu? Big Sur

Coraz śmielej sobie poczynamy ze zwiedzaniem okolicy. Trzy tygodnie temu zrobiliśmy pętlę po półwyspie San Francisco, w zeszłym tygodniu byliśmy w zatoce Monterey na obserwowaniu wielorybów, a w tym wybraliśmy się jeszcze dalej na południe, do Big Sur.

Big Sur jest rejonem położonym na wybrzeżu, dwie i pół godziny drogi na południe od nas. To górzysty obszar porośnięty lasami, który przyciąga turystów piękną, rozwiniętą linią brzegową, klifami, wystającymi z oceanu skałami i odizolowanymi piaszczystymi plażami. Oprócz pięknych widoków, Big Sur oferuje liczne trasy trekkingowe.

Amerykańskie Święto Dziękczynienia, i związany z nim dług weekend, było dla nas dobrą okazją, żeby do Big Sur się wybrać, a przy okazji przetestować, czy nasz samochód może służyć jako kamper dla dwóch osób. Zarezerwowaliśmy sobie miejsce kempingowe w jednym z parków stanowych, zebraliśmy niezbędne wyposażenie i prowiant, i ruszyliśmy w drogę. Czytaj dalej

Rzut oka na San Francisco

Obowiązkowym punktem każdej wycieczki w naszej okolicy jest San Francisco. Miasto jest położone w bardzo malowniczym miejscu. Leży na końcu półwyspu, na północnym krańcu gór Santa Cruz. Od zachodu ograniczone jest Oceanem Spokojnym, od wschodu zatoką San Francisco. Na północy, zaraz za cieśniną Golden Bridge, ciągną się kolejne wzgórza, a także kilka wysp, z których jedna mieści więzienie Alcatraz.

Położeniu geograficznemu San Francisco zawdzięcza specyficzny mikroklimat. Doskwiera słońce, bezchmurne niebo i 30 stopni Celsjusza w południowej części półwyspu? Zapraszamy 50 km na północ, do SF, aby cieszyć się mgłą, chłodem, wiatrem, a może nawet deszczem!

Przed odwiedzeniem tego miasta ciężko jest jednak wymienić z nazwy więcej niż jedną–dwie główne atrakcje. Najprostszy do skojarzenia jest most Golden Gate, symbol tego miasta. Ale co więcej? Na to pytanie mam już kilka odpowiedzi, ale z wyjawieniem ich poczekam, aż poznam miasto lepiej. Kilka podpowiedzi znajduje się na zdjęciach poniżej.

DSCF1682

DSCF1637

DSCF1633

DSCF1554

DSCF1549

DSCF1524

DSCF1506

DSCF1494

DSCF1487

DSCF1462

DSCF1459

 

Pół roku poza Japonią – czego mi nie brakuje?

Wspominać miłe rzeczy z Japonii na blogu to sprawa bardzo prosta. Raz, że jest ich sporo i jest z czego wybierać, dwa, że lejemy miód na serce wszystkim tym, którzy o wyjeździe do Japonii marzą, a trzy, że nikogo w ten sposób nie obrażamy. Z narzekaniem jest trochę gorzej, bo można komuś zaleźć za skórę albo zniszczyć wyidealizowany obraz Japonii i sprowokować reakcję obronną. A jak już ktoś narzeka na Japonię, to zazwyczaj skupia się na jednym z dwóch najbardziej oczywistych tematów: powszechnej dyskryminacji cudzoziemców i niezwykle słabej znajomości języka angielskiego wśród Japończyków. U mnie dziś o tych tematach cisza, więc czytajcie dalej! Czytaj dalej

Pół roku poza Japonią – czego mi brakuje?

Pół roku (prawie co do dnia!) od wyjazdu z Japonii to dobry czas, żeby przyznać się za czym w japońskim życiu tęsknię. Takich rzeczy jest oczywiście dużo, ale wybrałem te pięć, które nie tylko najmocniej dają się we znaki, ale też są uniwersalne i brakować mogłoby ich każdemu.

Ramen. Tu wątpliwości nie mam żadnych. Już jedząc ostatni ramen na stołówce uniwersyteckiej, a jest to wyrób nie cieszący się przesadną estymą wśród rodowitych Japończykow, wiedziałem, że będę za nim tęsknił. O bardziej wyszukanych jego odpowiednikach, takich jak mój ulubiony przysmak z Iwasa-ramen na Chuo-Rinkanie, nawet nie wspominając. O ramenie ogólnie można poczytać na jednym z wcześniejszych wpisów.

Pierwszy ramen poza Japonią jadłem w Warszawie, na Oleandrów. Zupka była smaczna i całkiem wyszukana, tyle że nie miała z japońskim ramenem aż tyle wspólnego, ile bym oczekiwał. Poza tym jedzenie typowo fastfoodowego ramenu w restauracji (bez siorbania!) jest… dziwne. Pomyślcie „zapiekance z szynko i pieczarko raz” podanej na wielkim, białym talerzu w restauracji. Czytaj dalej