Stypendium JSPS: druga część rekrutacji

Wyniki pierwszego etapu konkursowego przyszły w połowie października. Na 514 złożonych aplikacji odrzucono 387, od razu zaakceptowane zostały 103, a 24 zostały skierowane na dodatkową ewaluację. Mi udało się trafić na drugą turę ewaluacji, czyli rozmowę.

Nie wiem na jakiej zasadzie przydzielana jest ostatnia kategoria. Sensowne możliwości są dwie: albo po prostu lądują prace ocenione w jakim zakresie punktowym, albo lecą tam osoby, którem miały niezły pan badań, ale co do których samodzielności i umiejętności pozostają jakieś wątpliwości. Krótko mówiąc przypadki podejrzane, czyli studenci z mizernych uniwersytetów i obcokrajowcy 😉

Wraz z wynikami przyszła szczegółowa instrukcja co należy zrobić dalej. Przede wszystkim należało w przeciągu tygodnia potwierdzić gotowość stawienia się we wskazanym terminie w siedzibie fundacji. Udostępniono także informacje jak będzie wyglądać rozmowa i co należy przygotować. Całość zmieściła się jednej kartce A4, ale odczytanie zawartości było bardzo pracochłonne, ponieważ: (a) oczywiście była w języku japońskim, (b) treść zapisana była w bardzo formalnym języku, z mnóstwem znaków kanji i dość specjalistycznymi zwrotami. Dość powiedzieć, że nasi labowi studenci byli bardzo rozbawieni widząc przysłaną mi instrukcję. Czytaj dalej

Reklamy

Krótka politechniczna pieśń pochwalna

Bardzo często można ostatnio lub usłyszeć jak to polscy absolwenci nie są odpowiednio przygotowani do przeżycia na rynku pracy. że brak im umiejętności, podejścia, zrozumienia po co właściwie pracują itp. I zazwyczaj wina rozkładana jest po części na kadry uniwersyteckie, a po części na samych studentów.

A jak to jest z osobami wybierającymi “rynek alternatywny”, czyli karierę akademicką? Temat oczywiście bardzo złożony, wielowarstwowy i tak dalej, ale chcę dołożyć swoją cegiełkę – czyli co mi przyszło po tych studiach, patrząc z perspektywy dwóch lat od opuszczenia alma mater. A, właśnie: Politechnika Warszawska, kierunek Technologia Chemiczna.

Na wypadek, gdyby moja rodzina w tym miejscu wpadła w panikę i zaczęła do mnie dzwonić, żebym usunął post w imię dobrych relacji z macierzystą uczelnią, uprzedzam – nie będzie źle. Czytajcie dalej.

Aby być bardziej precyzyjnym: będę odnosił się do tego, czego można było się nauczyć (a przynajmniej tak mi się wydaje), a nie czego właściwie się nauczyłem. Nie chcę się też zajmować sposobem przekazywania wiedzy w najbardziej dosłownym znaczeniu, a bardziej treścią i możliwościami, jakie oferowano studentom. To jadziem.

Świeżo po zakończeniu studiów najsilniej zapisane miałem w pamięci wpadki. Odchamiacze na I roku (Polska w Unii Europejskiej, jak ktoś pamięta), seminaria i prezentacje, które często były po nic, wybrane przedmioty, których prowadzący nie przygotowali wystarczająco oraz brak praktycznie czegokolowiek z tzw. współczesnej chemii organicznej.

Po dwóch latach weryfikacji na dżapońskiej uczelni zdecydowanie bardziej widać plusy.

Raz. Chemia fizyczna. Płacze, jęki, groźby rzucane w powietrze. Zmora większości, walczącej o pozostanie na liście studentów na kolejny rok. I ciągłe narzekanie, że nikomu to nie potrzebne. Ale zaryzykuję stwierdzenie, że w karierze akademickiej zrozumienie chemii fizycznej jest niezbędne do osiągnięcia sukcesu. Bo znajomość chaefów jest kluczowa do rozwoju naukowego. Czy się jest chemikiem analitykiem, organikiem, polimerowcem czy jakimkolwiek innym – bez opanowanej termodynamiki i kinetyki często nie zrozumie się nieoczekiwanych wyników, ani nie rozszerzy się horyzontów swoich badań. Chemia fizyczna jest jak uniwersalna linijka, którą można przyłożyć do chemika. Znasz? Szacunek. Prawdopodobnie twoje niechemicznofizyczne badania są nieźle przemyślane. Nie znasz? Uśmiech politowania, porozmawiajmy o pogodzie.

Ja wiem, że to brzmi jak wyolbrzymianie, przerysowanie. Ale w praktyce można nie znać chemii organicznej, nieorganicznej, kwantowej. Lecz bez chemii fizycznej daleko nie zajdziesz. Wszyscy chemicy których spotkałem i którzy zrobili na mnie mocne wrażenie, to osoby, które chemię fizyczną miały dobrze obcykaną.

Jeżeli więc czyta to ktoś, kto szukał jeszcze dziś powodu, aby odłożyć naukę do kolokwium lub egzaminu z tej dziedziny, to radzę jak komu dobremu – wrrrrrróć i przemyśl swoje życie jeszcze raz.

A do tego legendarne sprawozdania z ćwiczeń, szlifowanie wykresów, wyprowadzanie równań do metody najmniejszych kwadratów, tłumaczenie czemu stała stężeniowa właściwie zależy od stężenia – to wszystko kiedyś zaprocentuje. I to tym można pokazać swoją klasę.

Dwa. Krystalografia. Ta zawsze atakuje z zaskoczenia. Nic nic nic nic nic i nagle: łup! W spokojnym żywocie materializują się grupy przestrzenne. Pcc2? Trzeba było siedzieć, słuchać i notować na wykładzie, potem zaś próbować zrozumieć. Teraz to już za późno.

Za moich czasów opanowanie krystalografii na poziomie wykładu w bardzo dobrym stopniu świadczyło o przynależności do grupy nadludzi. Ale to mocny punkt studiów.

Trzy. Informatyka, a właściwie jej część dotyczące średniozaawansowanych funkcji Worda i Excela. Samo zarysowanie możliwości bardziej złożonych formuł, makr oraz Visual Basica wystarczy, żeby móc potem samodzielnie rozwinąć swoje zdolności w tym kierunku. Moja opinia w tym temacie ukształtowała się pod wpływem jednego z czytelników tego bloga 😉

Cztery. Wykłady gości zagranicznych. To niestety chyba jeszcze rzadkość, ale mi udało się trafić na taki jeden. Profesor z Holandii, z Uniwersytetu Twente, opowiadał o swoich badaniach, czytaliśmy jego artykuły, a na koniec sprawdził nasze zrozumienie tematu serią prostych pytań, na które ściąganie nie mogło pomóc. Sama treść wykładu nie była przełomowa, trwał w sumie 10-15 godzin, ale pokazano nam jak można podchodzić do badań inaczej. Na duży plus.

Pięć. Wybrane ćwiczenia (np. spektroskopia emisyjna na analizie instrumentalnej), gdzie zamiast korzystać z zaawansowanych sprzętów, używaliśmy metod z pradawnych czasów. Dzięki temu nie traktuje się przyszłości aparatura jak czarnej skrzynki; tu wlewam, tam wylatuje, a drukarka robi resztę.

Sześć. Ograniczone fundusze. Tak, to brzmi głupio, ale niedostatki na wczesnym etapie kariery mogą (choć nie muszą) zaowocować wyrobieniem dobrych praktyk na przyszłość. Im szybciej nabędzie się świadomość, że naprawa skomplikowanej aparatury KOSZTUJE, a 1 gram wydumanego związku kosztującego 1000 zł robi taką samą różnicę na fakturze, jak 100 litrów rozpuszczalnika po dychu za litr, tym lepiej.

Siedem. LPT, czyli laboratorium procesów technologicznych, prowadzone w budynku o opalizujących oknach. To nic, że przygotowywane projekty powiększenia skali nie miały często sensu, że szacowanie jednostkowego kosztu produktu powodowało tymczasową całkowitą rezygnację, a projekt mógł mieć ponad sto stron, a i tak nikomu się potem nie przydał. Takie zajęcia poszerzają horyzonty, a to jedna z podstawowych rzeczy w karierze naukowej.

Z pewnością jest jeszcze wiele rzeczy wartych wspomnienia tutaj. Niektóre z nich zostały wypchnięte z pamięci przez moje uczucia, którymi darzę chemię fizyczną. Ale nie o to chodzi, żeby wszystko wypunktować. Z wielkim zadowoleniem stwierdzam, że z obecnej perspektywy studia na Politechnice Warszawskiej nie były czasem zmarnowanym. Tylko żal, że nie można się cofnąć w czasie i trochę bardziej przyłożyć.

O Tsukubie i przygodach z nią związanych

Dziś trochę o zaległej wyprawie do Tsukuby. To miasto zupełnie nowe; powstało w latach 70. zeszłego wieku w prefekturze Ibaraki, rzut beretem od Tokio, w najmniej interesującym kierunku. Co w Tsukubie się znajduje? Wszystko albo nic, zależy czego się szuka. Zostało zaplanowane jako Science City i rzeczywiście, znajduje się tam szereg instytutów badawczych. Do tego uniwersytet, trochę centrów handlowych i konferencyjnych i to tyle. Szerokie aleje, sporo zieleni – ale zupełnie sztucznie umiejscowionej – do tego pochmurna pogoda i podejrzana cisza. Przez cały czas czułem, że to miasto jest dziwnie puste, nawet mimo szwendających się gdzieniegdzie mieszkańców.

Miasto samo reklamuje się jako zielone, przyjazne mieszkańcom i o międzynarodowym charakterze. Ważne miejsce zajmuje zielona aleja, przebiegająca przez środek, z północy na południe. W ścisłym centrum wiedzie wiaduktami ponad ulicami, na całej jej długości wydzielona jest ścieżka rowerowa, co krok wyznaczona strefa robotów (albo coś mnie ominęło, albo miasto okrutnie zakpiło sobie z mieszkańców).

DSC_9464 DSC_9463 DSC_9459 DSC_9458 DSC_9457 DSC_9456

W kwestii międzynarodowości jedna z tablic poinformowała mnie, że w Tsukubie mieszka iluś tam mieszkańców z wielu (tu padła jakaś liczba, całkiem niezła, chyba ponad sto) krajów. Znaczy, że skutecznie ściągają wyrobników z krajów trzeciego świata.
Przy okazji napiszę o ciekawym, z polskiej persepktywy, laboratorium. W jednym ze znanych w całej Japonii instytutów, National Institute for Materials Science, pracuje grupa profesora Takeuchiego. Chemikom polecam zajrzeć, publikują ciekawe rzeczy. Ale ja nie o tym. Otóż w tej grupie pracuje także dr Nakanishi, który dość aktywnie współpracuje z Politechniką Warszawską. Regularnie przyjmuje praktykantów z Wydziału Inżynierii Materiałowej, zainteresowanych studiami doktoranckimi. Jak to wynalazłem? Przeglądając jakieś niedawne Nature Chemistry moje oko natrafiło na nazwisko p. Macieja Karnego, otoczonego gromadką nazwisk Japończyków. Zaciekawiony, sprawdziłem kim p. Karny jest. Okazało się, że nikim specjalnie znanym – proszę nie brać tego za obelgę – jedynie praktykantem, który przez jakiś czas bawił w Tsukubie. Fajnie.

Jak przy okazji wyszło na jaw, istnieje polsko-japoński program doktorancki, odbywają się także m.in. wykłady japońskich profesorów na Politechnice. We wrześniu natomiast, podczas warsztatów 2nd V4-JST Workshop on Advanced Materials, wśród zaproszonych gości był superważniak, niejaki profesor Aida, o którym już kiedyś wspominałem. Widać, że jakaś promocja jest, ale chyba nadal Japonia nie cieszy się u nas zbytnim wzięciem, jeśli chodzi o karierę naukową.

Sama zeszłotygodniowa konferencja, mimo faktu bycia międzynarodową, została zdominowana przez Japończyków z różnych zakątków kraju. Zaskakująco podczas sesji plakatowej nie wahano się dyskutować ze mną i z tego punktu widzenia było naprawdę owocnie. Wymieniłem kilka wizytówek, więc po powrocie napisałem maila do sympatycznego badacza, który podrzucił mi kilka dobrych pomysłów i zaprosił do odwiedzenia jego labu, gdy będę w pobliżu. W odpowiedzi otrzymałem entuzjastyczną wiadomość, której przekaz był taki: świetnie, podtrzymuję zaproszenie, jak przyjedziesz to koniecznie pójdziemy się napić. Kto śledzi trochę blogi o Japonii ten wie, że to kluczowy element zacieśnienia współpracy biznesowej i naukowej.

Z obowiązkowgo ponarzekania: organizatorzy niestety zaprojektowali identyfikatory z japońską miarą i widniało na nich nazwisko uczestnika oraz jedynie inicjał imienia. I znów: w japońskich warunkach to w zupełności wystarczy, w każdych innych już trochę mniej. Wśród studentów obsługujących konferencję spotkałem natomiast mojego znajomego, bardzo towarzyskiego Okadę-sana. W zeszłym roku był na wymianie we Francji i dość niechętnie wracał do japońskiego trybu pracy. Kolega jest natomiast miłośnikiem ramenu, pokazał mi więc jedną z najbardziej znanych Tsukubskich rameniarni, Aoi. Z obowiązkowym zdjęciem.

Photo 05-12-14 14 51 41Na zakończenie niusy z naszego zakątka Japonii: dziś padał pierwszy porządny śnieg, liczymy, że gdy zasypie szpary w oknach, po mieszkaniu nie będzie hulał wiatr. A we wtorek do Polski, pogrzejemy się trochę w mieszkaniach z centralnym ogrzewaniem.

Świeże Angewandte pełne niespodzianek

Dziś krótko i chemicznie (KiCh). Po przejrzeniu aktualnego numeru Angew. Chem. Int. Ed. postanowiłem go odrobinę wypromować, bo jest tam kilka znajomych nazwisk. Dostęp do wszystkich jest otwarty, więc każdy chemiczniezainteresowany może sobie zajrzeć. Opublikowały się dwa zespoły z Warszawy (brawo!). Jeden z UW, prof. Ewy Góreckej:
1

Drugi (dla mnie ważniejszy) wyszedł z zespołu prof. Agnieszki Szumnej z IChO. Dla większości czytelników ważniejsze będzie nazwisko Hanny Jędrzejewskiej (to co prawda nazwisko męża, ale Biotechnologia będzie wiedziała o kogo chodzi) oraz Michała Wierzbickiego (tu z kolei nie nazwisko męża, Technologia rozpozna):2Bardzo mnie takie wiadomości cieszą, autorom serdecznie gratuluję!

Trzeci artykuł nie został napisany przez Polaków, ale jednym z autorów jest bardzo symaptyczny Simon Krautwald z ETH, który ostatniego lata prezentował na studenckiej konferencji u nas wyniki swoich badań. Tu polecam zajrzeć z czysto chemicznej ciekawości, bo koncept nad którym pracują (stereodivergent synthesis) jest bardzo interesujący. W skrócie, z prochiralnych substratów, używając dwóch chiralnych katalizatorów (co daje cztery kombinacje), otrzymują cztery możliwe stereoizomery tego samego związku, utrzymując pozostałe warunki reakcji niezmienione. Poważnie, chemikom polecam zajrzeć:3O

Ostatni artykuł jest z kolei napisany przez kolegę moich kolegów z labu (też byli podekscytowani, gdy o tym przeczytali), doktoranta z zespołu pracującego u nas na uniwersytecie. Dla fanów syntezy totalnej:4

Będę tu w przyszłości meldował o polskich chemicznych osiągnięciach, które mi wpadną w oko. Jeszcze raz oklaski!

Kandydatów ciąg dalszy

Zmobilizowany zainteresowaniem poprzednim postem, postanowiłem dodać jeszcze kilka kandydatur do tytułu „rzeczy roku”. Nie tylko aparatura powinna być bowiem reprezentowana w tak ważnym plebiscycie.

E) Gratka dla fanów H-cube:
IMG_0958
Dla niewprawionego oka może wydawać się to cudo zdobyczą zbieracza złomu po demobilizacji Armii Czerwonej, ale to niezwykle przydatne urządzenie. GPC, czyli chromatograf, który dzieli związki pod względem wielkości cząsteczek. Jeżeli więc nastrzykniemy mieszaninę kilku związków o podobnej budowie chemicznej, ale różnej masie, możemy uzyskać ich dobry rozdział. Ważna rzecz: to urządzenie jest preparatywne, tj. nie tylko analizuje, ale także pozwala na wydobycie produktów rozdziału ze środka. I teraz najważniejszy ficzer: po przejściu przez kolumnę i detektor, mieszanina może zostać zawrócona do rozdziału ponownie, a potem ponownie… I trakcie tego „recyklingu” nie jest zużywany rozpuszczalnik! Także można praktycznie bezkosztowo pozostawiać próbki (do 3 mL roztworu) na całą dobę, aby tak sobie krążyły w środku, a gdy już uznamy że są wystarczająco podzielone, zbieramy frakcje… Mamy też nowe urządzenie, pozwalające na rozdział większej ilości (do 10 mL).
IMG_0959

F) Urządzenie, którego nazwy nie znam i nie wiem do czego służy, ale podczas pracy bardzo efektownie miga białymi LEDami. Naprawdę!
IMG_0960

G) I na koniec coś wyjątkowego. Podkładki pod kubek (bądź kufel) z okładkami Angewandte Chemie:
IMG_0956
Nie wiem w jaki sposób weszliśmy w ich posiadanie, ale uważam, że są naprawdę ekstra i czasopismo świetnie wykorzystało fakt, że na ich okładkach grafiki są w kształcie koła.

Rozpuszczalnik roku 2013 oraz labowe gadżety

Nadal internetu w domu nie ma, a że kolejny post miał być chemiczny, to nadaję teraz prosto z labu. Wiem, że większości nie porwie ta tematyka, ale muszę też dbać o mniejszości (i rzecz jasna o siebie)!

Konkurs na Rozpuszczalnik Roku 2013 wygrywają ex aequo (albo eg zekwo):

1) eter tert-butylowo metylowy (TBME): Był bohaterem zarówno w polskiej części roku (do kwietnia), jak i w tej japońskiej. To w nim najlepiej zachodziły biotransformacje, jest znacznie mniej lotny od eteru dietylowego i ma przyjemny zapach. Ale najważniejsze, że doskonale pomaga w usuwaniu DMF po reakcji! Wcześniej kombinowałem z odparowywaniem tego uciążliwego rozpuszczalnika pod zmniejszonym ciśnieniem (i pewnie na PW pewnie dalej walczą z nim na wyparce), ale procedura z TBME jest znacznie prostsza. Nie wyciąga on DMF z mieszaniny z wodą i ekstrahuje związki organiczne bardziej selektywnie niż dichlorometan czy octan etylu. Jeśli więc mieszaninę reakcyjną zalejemy wodą, a następnie przeekstrahujemy TBME, to po odparowaniu rozpuszczalnika nie powinno pozostać prawie wcale DMF.

2) toluen: Oprócz powszechnie znanego zastosowania w azeotropowym usuwaniu wody, posiada też zdolność usuwania pirydyny. Jeżeli więc nie możemy zastosować ekstrakcji rozcieńczonym HCl, a pirydynę chcemy usunąć za wszelką cenę, wtedy dwa-trzy razy odparowujemy toluen wraz z resztkami pirydyny i próbka powinna zostać czysta.

Przy okazji chcę zaprezentować też kilka ciekawych elementów wyposażenia laboratoryjnego.

A) lejek Kiriyamy. Obecny chyba tylko w Japonii, służy do sączenia przez bibułę pod zmniejszonym ciśnieniem. Od Buchnerów różni się konstrukcją podstawy: zamiast wielu otworów, ma kanały, które prowadzą od zewnątrz, do jednego otwory w środku lejka. Dzięki temu zbiera przesącz z całej powierzchni, ale kieruje go do kolby jednym kanałem i łatwiej wypłukać pozostałości przesączu. Poza tym Japończycy twierdzą, że pozwala lepiej rozdzielić ciecz od osadu.
IMG_0949
IMG_0950

B) Kolba okrągłodenna (RBF). Niby prosta sprawa, ale te japońskie kolby mają inny kształt niż popularne w Polsce, więc nie można ich nazwać kolbami kulistymi. Przypominają gruszki, a boczne szyje wychodzą ze ścianek, więc łatwiej wypłukać z nich osad, ale przy dużej ilości cieczy w środku ciężko nie zalać bocznej szyi podczas odparowywania na wyparce obrotowej.
IMG_0951

C) H-Cube. To urządzenie pochodzenia węgierskiego, produkowane przez firmę ThalesNano. Zaprojektowany na początku jako przepływowy aparat do uwodorniania, pozwala na szybkie i proste redukowanie wodorem przy pomocy wkładów z katalizatorami. Wystarczy podstawić roztwór reagenta, umieścić odpowiedni wkład z katalizatorem, a on wypluje z drugiej strony roztwór produktu. Pozwala na uwodornianie w warunkach od ciśnienia atmosferycznego do 100 bar i temperaturze do 100 stopni Celsjusza. Mieszanina przebywa w komorze reakcyjnej krótko, więc ograniczamy możliwość powstawania produktów ubocznych, a katalizator nie opuszcza wkładu, więc często wystarczy odparować rozpuszczalnik z roztworu poreakcyjnego i mamy czysty produkt. Usuwanie O-benzylu to czysta przyjemność!
IMG_0953

D) Na koniec – łaźnia olejowa z kontrolerem temperatury. Nasze łaźnie przypominają garnki z prowizorycznie zamontowanymi grzałkami. Je z kolei podłączmy przez autotransformator, mniejszy niż ten, który używaliśmy na PW, ale także ciężki. Zestaw wygląda dość amatorsko, ale spisuje się znakomicie!
IMG_0955

Tydzień ważnych wydarzeń

Przede wszystkim – dzisiaj zrobiło się względnie ciepło. Po południu, w pełnym słońcu dało się czuć wiosnę/jesień, a było koło 10 stopni. Powyżej zera, zapewniam radiosłuchaczy z Polski. Rzecz jasna w moim pokoju, który ma asymetryczną charakterystykę cieplną, wieczorem znów było zimno, ale zrobiłem przeciąg i póki co jest znośnie.

Dziś była też obrona jednego z naszych doktorantów. Koniec trzeciego roku studiów za pasem, praca już napisana, więc czas na obronę. Tak jak u nas była otwarta, tyle że nie ma przepisu nakazującego przychodzić na każdą obronę pozostałym doktorantom (bo i po co…), a w komisji siedzi dwóch-trzech profesorów. Co mnie trochę zdziwiło, bo na moim egzaminie wstępnym było ich ponad dwudziestu. Czas na prezentację to 25 minut (i tenże czas jest respektowany), potem 15 minut dyskusji i koniec. Kolega miał w dorobku dwa artykuły wypuszczone i trzy kolejne złożone (jednym zdaje się celuje w Nature Chemistry, zobaczymy co z tego wyjdzie), więc problemów z obroną mieć nie powinien.

Mnie z kolei ten tydzień upłynął na hodowli. Oprócz dłubania w syntezie, hoduję po nocach kryształ. Rozwiązanie jego struktury będzie bardzo cennym wynikiem, tyle że oprócz mnie próbuje go wyhodować także osoba, która się na tym zna i póki co najlepszym jej wynikiem był elegancki monokryształ o wymiarach 0,3 x 0,4 x 0,01 mm. Podobno za cienki, żeby go ziksrejować.

Jestem zachwycony, widząc w jaki sposób u nas nawiązuje się współpracę z innymi labami. Jak potrzebujemy jakiegoś sprzętu (a sami za wiele nie mamy), to zaraz mój szef wysyła maile i za kilka godzin mamy namiary do kogo uderzyć. Wczoraj wiozłem przez kampus na wózku mikroskop polaryzacyjny, jutro idziemy skorzystać z maszyny, która jest jednocześnie dyfraktometrem i kalorymetrem różnicowym (XRD-DSC). Jeszcze do końca nie wiem co mam mierzyć, ale mój szef jest bardzo zapalony do tego pomysłu, więc do jutra wymyślę coś. A że to wycieczka do ważnego labu, to nie idziemy sami, tylko z naszym superszefem jako ogniwem łączącym nas z superszefem tamtego labu.

Dziś też zagadałem naszych magistrantów, gdzie będą pracować po skończeniu studiów. Każde z zapytanej czwórki będzie pracować w dużej japońskiej firmie, z których największa jest Mitsui Chemicals. Z jednej strony to fajnie wiedzieć, że ma się pracę już po skończeniu studiów, a z drugiej w międzyczasie może się ta chemia znudzić. A pracy szybko zmieniać nie wypada. Podobno po 3-5 latach można już próbować, ale do tego czasu trzeba się męczyć…

I na koniec zdjęcie z lotu z Osaki do Sendai:
Zdjęcie 07.01.2014, 12 51 02