Alkohole w Japonii: sake (cz.2)

Jeśli staliśmy się posiadaczami butelki sake i chcemy spróbować zawartości, jako początkujący możemy stanąć przed dylematem – w jaki sposób ten trunek pić? A dokładniej: jak, w czym i z czym.

Zasadniczo sake pije się bez dodatków – choć fizycznie wykonalne jest picie na wiele sposobów: z lodem, colą, oranżadą Helleną bądź FKZ (Fantastyczny Klub Zet – fybierz, kup, zpróbuj), można też zrobić nieszczęsne sake bomb, ale po co?

Nie ma sztywnych reguł dotyczących temperatury podawania sake. W zależności od okazji i osobistych preferencji możemy pić je w temperaturze pokojowej, schłodzone (ale nie zamrożone), bądź podgrzane. W moim otoczeniu zazwyczaj pije się je schłodzone, ponieważ konsumpcja przeprowadzana jest spontanicznie, kosztem zawartości labowej lodówki. Polecam jednak spróbować sake lekko podgrzanego lub takiego w temperaturze otoczenia. Jeżeli konkretne sake nie przypadło nam do gustu, dajmy mu szansę w formie schłodzonej, bo niska temperatura zdusi nieco aromaty. Czytaj dalej

Reklamy

Alkohole w Japonii: sake (cz. 1)

Gdyby zapytać przeciętnego mieszkańca Grand Rapids, MI, jaki jest najbardziej japoński z alkoholi, to z dużym prawdopodobieństwem usłyszelibyśmy, że sake. Ciężko powiedzieć, co może oznaczać „najbardziej japoński”, ale jakoś tak już wyszło, że sake kojarzy nam się z Japonią najsilniej, nawet jeśli nigdy nie mieliśmy szansy tego napitku spróbować.

W tym miejscu należy wystosować ostrzeżenie; jeśli szanowny czytelnik będzie sobie mówił pod nosem „sake, sake, sake, sake”, a ktoś rzuci mu się do gardła, wyjąc „nihonshu!” to proszę się nie dać, bo agresja ta nie jest usprawiedliwiona. Już tłumaczę o czym mówię. Polskie słowo sake, podobnie jak angielskie sake, rosyjskie саке oraz portugalskie saquê, pochodzą od japońskiego sake, które samo w sobie, pisane alfabetem, precyzyjnego znaczenia nie ma. Kluczem jest kanji, 酒, którego jednym z czytań jest sake (a innym shu), a które reprezentuje alkohol. I teraz zaczynają się schody, bo o ile w Japonii można wszędzie zobaczyć znak 酒, to nikt nie powie sobie od tak „sake”. Czytaj dalej

Alkohole w Japonii: piwo

Jakie alkohole pije się w Japonii? Czym różni się sake od sake? Jak nie pić piwa, które piwem nie jest? Czy można pić na ulicy? Czy piwo można dać jako prezent? Z jakich składników można przygotować zacier? Czy sake można popijać orzechówką? Dla tych, którzy Japonię odwiedzić planują, oraz dla tych, którzy pozostają przy czytaniu o niej, postanowiłem przygotować alkoholowy przewodnik w częściach. W nadchodzących postach zagłębimy się w bogactwo japońskiego rynku alkoholi. Na pierwszy ogień idzie szlachetny napój, którego można zamówić pięć kufli – piwo!

Historia japońskiego piwowarstwa zaczęła się – jak wiele innych historii – na początku przełomowego dla rozwoju Japonii okresu Meiji, czyli w drugiej połowie XIX wieku. Zamorski alkohol przez 150 lat przyjął się i wyewoluował, dostosowując się do japońskich podniebień, stając się obecnie najpopularniejszym napojem alkoholowym. Obok japońskich gustów, jednym z motorów napędowych ewolucji japońskiego piwa był japoński system podatkowy, a konkretnie akcyza. Wysoki podatek nakładany na piwo spowodował powstanie napojów piwopodobnych, wytwarzanych z innych surowców, które nie spełniają wymogów stawianych piwom, i w związku z tym nie mogą się piwami nazywać, ale na które nakładana akcyza jest niższa, co skutkuje bardziej przystępną ceną dla konsumenta. Czytaj dalej

Ramen, król japońskiej kuchni

Jakiego lokalnego dania należy obowiązkowo spróbować podczas podróży po Japonii? Jeżeli ktoś myśli, że mówię u sushi, to grubo się myli. Bo choć gusta są różne i wszystko zależy od indywidualnego smaku, to prawidłowa odpowiedź na to pytanie jest jedna – należy spróbować ramenu (a w gruncie rzeczy, to nie jednego, tylko kilku ramenów!).

Czym jest ramen (zapisywany jako ラーメン, らーめん, ら~めん, らー麺, 拉麺)?

FullSizeRender 18

Fachowe polskie oko od razu zidentyfikuje ramen jako zupę, ale technicznie patrząc, ramen to pełnoprawne danie i nie dojadamy po nim schabowym z ziemniakami i gotowaną kapustą.

Czytaj dalej

Szanghaj, część druga

Najpierw nadgonię fotograficzne zaległości. Niestety, prawie wszystkie zdjęcia były robione po zmroku, bo to była pora mojego zwiedzania. Najpierw plac Ludowy, jego okolice i deptak prowadzący nad rzekę.

DSC_0613DSC_0612DSC_0628DSC_0623DSC_0626DSC_0621DSC_0631DSC_0629DSC_0632

I widok na wieżowce i nadrzeczny bulwar.

DSC_0635DSC_0639DSC_0644DSC_0648DSC_0651DSC_0652DSC_0656

Wieczorną rundę zwiedzania zakończyłem poszukiwaniem czegoś do jedzenia. Na napotkanym małym stoisku z wypiekami nabyłem coś, co wyglądało na paszteciki z mięsem, a okazało się pierońsko słodką bułką.

Zanim zawinąłem do hotelu, zahaczyłem jeszcze o Walmart. Zawsze fajnie jest zobaczyć co sprzedają w „zachodnich” sklepach za granicą, a poza tym musiałem rozejrzeć się za czymś, co wypadałoby przywieźć jako upominki do Japonii. A w tej roli najlepiej sprawdzają się słodycze albo alkohol. Ponieważ Japończycy alkohol mają wystarczająco dobry, a powierzchnia magazynowa naszego labu, wynosząca ok. 12 butelek, jest całkowicie wykorzystana, zadecydowałem się na słodycze.

Japończycy zazwyczaj przywożą jeden prezent, który nie musi być bardzo przemyślany, byleby był smaczny i ładny. W mojej opinii to mało interesujące poznawczo podejście, więc zazwyczaj staram się przywieźć kilka rzeczy, z których przynajmniej jedna jest smaczna – tak na wszelki wypadek. Tym razem wybrałem następujące smakołyki:

  • cukierki kokosowe – okazały się gumowatymi słodkimi bloczkami bez smaku, produkowanymi prawdopodobnie jaki odpad w przetwórstwie tworzyw sztucznych; ja tam w każdym razie kokosa czułem.
  • ciastka z nadzieniem porzeczkowym – to pełen sukces, zeszły błyskawicznie, choć okazało się, że to specjał z Tajwanu, a Tajwan z kolei ma szeroki wybór produktów japońskich, więc Japończycy znali ten smak i lubili.
  • czipsy Lay’s o smack morskiej soli i czekolady; to nie chiński specjał, ale katalizator do tego, żeby naruszyć leżące w lodówce piwo; zjedli, ale powoli i do tego śmiali się, że słony smak zabija słodki i w sumie są bez smaku; nie sposób się nie było z tym zgodzić.
  • chrupiące rybie kręgosłupy, o angielskiej nazwie Crisp Fish. Jedzenie ości to dla nas nic nowego (można zajrzeć do wpisu z zeszłego roku, gdzie raportuję jedzenie sanmy, japońskiej ryby specjalnego przeznaczenia); jeszcze nie otworzyliśmy paczki z tym przysmakiem, więc nie napiszę jak wyszedł odbiór.
  • melona – w Japonii melony są bardzo znane i pierońsko drogie, więc ten chiński przysmak byłby bardzo mile widziany. Niestety, na lotnisku przyszło mi do głowy, żeby mojego melona zameldować u dziadka na kontroli produktów żywnościowych i niestety pan melona zakosił. Na pocieszenie dostałem ulotkę z listą zakazanych owoców i chusteczki na otarcie łez. Przy okazji wyrażę swoje skromne zdanie, że utrata melona najpewniej nie była spowodowana żadnym zagrożeniem biologicznym, a jedynie mytem.

Do koszyka dołożyłem jeszcze mały szampon, ponieważ ten hotelowy nie spełniał do końca moich oczekiwań, ale pani przy kasie nakrzyczała na mnie, pokazała że nie ma kodu kreskowego, jeszcze trochę pokrzyczała i jasno pokazała, żebym spadał bez niego.

IMG_3588IMG_3589

Kolejny dzień zacząłem do pierogów, a bardziej precyzyjnie od chińskich jiaozi, znanych w Japonii jako gyoza. Do kupienia mrożone w kerfurze, zapewne pod nazwą „pierożki chińskie”. Zamówiłem je w małym barze po drodze ze stacji metra do instytutu, gdzie odbywała się konferencja, pokazując palcem na zdjęcie na ścianie. Potem musiałem jeszcze odpowiedzieć na kilka pytań, ale ponieważ nie miałem pojęcia o co pytają, moja odpowiedź mogła nie być satysfakcjonująca.

Lunch organizowali organizatorzy (proszę, jak to słowo pięknie obrazuje ich rolę!). Niestety jego jakość, a w szczególności podanego w nim ryżu, była wątpliwa i nie umywała się do tego, co można było zjeść tanio zaraz za bramą instytutu. Nad mizernym ryżem udało mi się nawiązać dobry kontakt biznesowy i przyciągnąłem sobie rozmówcę do odbywającej się po posiłku sesji plakatowej.

Kolejny wieczór spędziłem na spacerze w kierunku przedmieść, ponieważ „prawdziwe życie klasy średniej niższej” rzadko toczy się na deptakach. Poza ścisłym centrum było znacznie więcej jedzenia ulicznego, udało mi się kupić coś, co w smaku przypominało warszawską zapiekankę. Tyle, że mogłem sobie wybrać którą chciałem prosto z grilla, wybrać który sos chcę (nie miałem oczywiście pojęcia jakie są rodzaje, a keczupu najwyraźniej pan sprzedawca nie miał) i pomaszerowałem z takim zakupem dalej. Wracając przeciąłem centrum dzielnicy Xujiahui, gdzie znów było wielkomiejsko, ale nadal bardziej jak w Europie, niż w Japonii.

Ostatniego dnia z rana trafiłem na zawijaną w ryż smażoną mieszankę różnych rzeczy, podaną z kubkiem gorącego mleka sojowego. Po rozdaniu nagród za najlepsze plakaty, które niestety trafiły w inne ręce, zręcznie uniknąłem wciągnięcia na miejscowy lunch i ruszyłem zjeść coś na mieście. Udało mi się rozpoznać część znaków na tablicy z menu, ale najwyraźniej znaki te nie miały szczególnego znaczenia, bo dostałem coś innego, niż się spodziewałem. Z takim posiłkiem, zalanym jeszcze jedną bubble tea, ruszyłem na lotnisko.

Tym razem planowałem skorzystać z bogatego środka komunikacji, łączącego lotnisko z miastem magleva. Ponieważ maksymalna prędkość pociągu zależy od pory dnia, postanowiłem poczekać 30 minut do godziny, kiedy będzie mógł rozwinąć maksymalną prędkość, 431 km/h. Na stacji, oprócz licznych sklepów i dobrze zamaskowanego wejścia na perony, znajdował się Burger King. A ponieważ staram się próbować sieciowych hamburgerów w każdym kraju, który odwiedzam, usadziłem się jeszcze na chwilę ze stosunkowo niedrogim Whopperem, który okazał się znacznie smaczniejszy od przeciętnego japońskiego hamburgera!

Stacja magleva była bardziej ekskluzywna, niż zwykła stacja kolejowa i widać było, że chcieliby naśladować japońską obsługę shinkansensów.

DSC_0661.jpg

Bilety na podróż, przy okazaniu ważnej rezerwacji lotniczej na ten sam dzień, kosztowały 40 yuanów, czyli 25 zł. Mniej, niż moja godzinna podróż zwykłą kolejką na tokijskie lotnisko Haneda. Ku mojemu zaskoczeniu w środku najszybszy pociąg w Chinach (a może i regularnie kursujący na świecie?) był dość tandetny. Tu coś odłazi, tam coś lata – słowem do przeciętnego shinkansena się nie umywa. Ale na szczęście jeździ jak powinien i po niecałych 8 minutach podróży dotarliśmy na położone 30 km dalej lotnisko.

W podsumowaniu muszę wspomnieć, że w Szanghaju wszechobecne są produkty japońskie, i to nie tylko haj-teki, co zrozumiałe, ale i produkty spożywcze. Już na lotnisku widać wielkie reklamy japońskich firm (np. znanego mi chemicznego koncernu Toray). W drugą stronę jest na odwrót – w Tokio chińskie korporacje raczej się nie reklamują.

Jeśli chodzi o mieszkańców, to oczywiście po czterech dniach nie można nic wnioskować, ale rzuciło mi się w oczy, że w metrze prawie wszyscy zapatrzeni byli w telefony lub tablety i wiele osób (nie napiszę jakiej płci, żeby nikomu się nie narażać) oglądało chińskie telenowele. W Japonii oczywiście też wszyscy się gapią w telefony, ale przynajmniej czytają mangi. No i grają w durne gry, więc w sumie na jedno wychodzi…

Szanghaj polecam serdecznie!

Lud pracujący i bożole nowo

W ostatnich dwóch tygodniach miały miejsce dwa ważne wydarzenia.

Po pierwsze, w sklepach pojawiły się tegoroczne beaujolais nouveau. O ile w Warszawie przez ponad dwadzieścia lat dzień ten był przeze mnie jakoś zupełnie niezauważany, o tyle nawet w naszym prowincjonalnym mieście butelki zaatakowały półki wystawowe większości sklepów. Tam, gdzie jeszcze niedawno stały czipsy w promocji, teraz od góry do dołu rezydują butelki wina.

Czy rzeczywiście popyt na ten dość kontrowersyjny napój nadgania podaż? Najwyraźniej tak. Produkt taki dobrze wpasowuje się w japoński zwyczaj asymilacji zachodnich praktyk, zazwyczaj z bardzo wybiórczym zrozumieniem o co kaman. Przy okazji dobry przykład – dzisiaj postanowiłem zburzyć ogląd świata moich chłopaków z labu. Zatrzymałem pracę i mówię: teraz słuchajcie, bo na pewno was to zainteresuje. W Polsce nie mamy kurisumasu keeki, czyli śmietanowych tortów za truskawkami, które tu się konsumuje w Wigilię. Oczy w słup i kolega kontratakuje: jak to nie ma keeki? Ale jecie chociaż kurisumasu czikin? Teraz ja się dziwię, jakie znów czikiny? No, takie z KFC. I uwaga: w Japonii, a przy najmniej w mieście, z którego pochodzi kolega, w Dzień Bożego Narodzenia ustawiają się długie kolejki do KFC! Zeby to zobaczyć – nie, doświadczyć! – chyba warto kiedyś zostać na Święta tutaj.

No ale dobra, wróćmy jeszcze na chwilę do wina. Warto wspomnieć, że często konsumpcja alkoholu wygląda następująco: jak pijemy to pijemy, najpierw jakieś piwko, potem może wino, zaraz trzeba przepłukać gardło jakimś haiboru i na koniec nihonshu, czyli to co Amerykanie zwą sejk. Albo w odwrotnej kolejności, nie ma w tym żadnej logiki.

Drugi ważny dzień, to ostatni poniedziałek, czyli Święto Dziękczynienia. A żeby być bardziej precyzyjnym, to było to Święto Dziękczynienia za Pracę. No bo jesteśmy w Japonii, więc za co tu innego dziękować? I teraz tak: są dwa sposoby obchodzenia tego święta. Jeden to praca – no bo jak lepiej można celebrować pracę, niż pracując? Tą drogą podążamy między innymi my, studenci (badacze? naukowcy? bez kitu, kiedy ucieknę od tego pejoratywnego określenia!?). Drugim sposobem jest odpoczynek – przymusowy. Z tego co zrozumiałem, to właśnie w największych korporacjach przywiązuje się szczególną uwagę, żeby pracownicy wypoczywali w tym dniu. Pracownik wypoczęty to pracownik efektywny! Co prawda chyba nie bardzo to współgra z realiami życia codziennego najbardziej joł firamch – słyszałem, że dobry absolwent, który dostanie się np. do Hitachi albo Toshiby, może kosić pół miliona jenów świeżo po studiach, ale pracuje praktycznie non stop. Czyli jak doktorant, tylko za sporo większą kasę. No i nie ma perspektywy, że za dwa lata koniec i relaksik na post-docu. Chyba.

Kansaju część pierwsza

Tydzień wakacyjny zakończony, tydzień postwakacyjny prawie też. Ten drugi charakteryzował się nadganianiem zaległej roboty (swoją drogą, to czy tak powinny działać wakacje?), a po zwleczeniu się do domu (zazwyczaj po północy) jeszcze trzeba było obrobić zdjęcia. Także wrzucę kilka, żeby nie było, że robota na marne.

Wojaże zaczęliśmy od Osaki (大阪, Осака), której podstawową zaletą jest supertanie połączenie lotnicze z naszym Sendai. Miasto to oferuje mnóstwo atrakcji dla każdego – najważniejsze jest jedzenie, z miłości do którego Osakańczycy słyną w Japonii, i od którego zacznę. Najbardziej znanymi lokalnymi specjałami są okonomiyaki, które Japończycy nazywają czasem japońską pizzą, ale chyba bardziej pod względem filozofii, niż smaku. Raczej to coś na kształt mieszanki kapusty i co-tam-sobie-zażyczysz z ciastem naleśnikowym, podane ze specjalnym sosem i majonezem. Podstawowym ficzerem prawdziwej osackiej okonomiyakarni są stoły z gorącym blatem. Kucharz podsmaża jedzenie, podaje na gorący blat i można jeść.DSC_8808Wylądem może internetu nie urywa, ale jedliśmy je twardo gdzie tylko się dało, bo były naprawdę smaczne. Lokalna sztuka jedzenia wymaga odcięcia pożądanego kawałka metalową łopatką i – bez użycia pałeczek – załadowania do gęby.

Generalnie osackie punkty gastronomiczne dzielą się na dwie kategorie – takie, do których jest długa kolejka i takie, do której nie ma żadnej. I oczywiście pierwszego wyboru miejscem jest to okupowane przez wygłodniałą tłuszczę. Najdłuższe kolejki zaobserwowaliśmy w Shinsekai, dzielnicy, której nazwa oznacza po japońsku Nowy Świat, ale że właściwie powstała z grubsza sto lat temu, to pierwsza część nazwy nieco się zdezaktualizowała. Cechami charakterystycznymi tej okolicy jest stosunkowo wysoki poziom przestępczości, odrobinę wyróżniająca się żulastość oraz liczne bary. Najbardziej mnie zafascynował bar, w którym pokaźna grupa wyluzowanych starszych panów grała w go oraz shogi i paliła papierosy. Na zewnątrz kibicowali biernie miejscowi.
DSC_8810 DSC_8811

Osaka była też rajem dla obczajaczy samochodów. Nie znalazłem co prawda złotego Veyrona, jak podczas zeszłorocznego pobytu w Tokio, ale i tak było spoko.DSC_8816 DSC_8828 DSC_9253DSC_8962

No właśnie – widoczny na ostatnim zdjęciu DeLorean DMC-12 nie jest typowym elementem miejskiego krajobrazu Japonii, ale niezbędnym rekwizytem w kolejnej osackiej atrakcji: Universal Studios Japan. Ten park rozywki, niewiele mniej popularny od tokijskiego Disneylandu, to centrum pielgrzymek Japończyków w każdym wieku. Jak było? Jutro.