Wyrzucanie śmieci

Każdy, kto choć przez kilka dni był w Japonii, przyzna, że wyrzucanie śmieci może sprawiać zagranicznym turystom dużo kłopotu. Wszystko przez to, że w Japonii w miejscach publicznych śmietniki występują bardzo rzadko. Przyzwyczajeni do natychmiastowego pozbycia się papierka, folii, czy butelki przyjezdni już w pierwszych swoich godzinach „na mieście” zmuszeni są do zmiany swoich praktyk. Jeżeli w okolicy nie ma kombini, które wystawia z dobroci serca swój własny śmietnik na zewnątrz, spacerowicze zmuszeni są do noszenia folii po onigiri, pustych butelek po zielonej herbacie i aromatycznych papierków po famima czikin do końca dnia.

Ale wyrzucanie śmieci jest dla mieszkających tutaj obcokrajowców trudniejsze, niż tylko znalezienie kosza. Wszystko przez to, że Japończycy przykładają dużą wagę do segregowania odpadów i dzielenia ich na różne kategorie. Podział jest zależny od miasta w którym się mieszka; stołeczne Tokyo jest mniej wymagające, ale już przedmieścia metropolii mogą wymagać od nas dzielenia śmieci na wiele klas. Czytaj dalej

Reklamy

Japońska rachuba lat

Zanim pojawi się kolejna część alkoholowej sagi, temat nieco powiązany – japoński sposób rachuby lat. Turystom przyjeżdżającym tu na dwa tygodnie może to umknąć, ale Japończycy stosują swój oryginalny sposób liczenia lat, z podziałem na ery.

W Japonii powszechnie korzysta się z kalendarza gregoriańskiego; każdy wie, że mamy teraz rok 2016, jest dwanaście miesięcy zmieniających się tak, jak w Polsce (tyle, że mają nudniejsze współczesne nazwy: miesiąc pierwszy, miesiąc drugi…). Lata przestępne też się zgadzają. Format zapisu dat jest inny, niż w większości krajów cywilizowanych: rrrr年mm月dd日 [年 (nen) oznacza rok, 月 (gatsu) miesiąc, a 日 (nichi) dzień]. Przykładowo datę dzisiejszą, dziewiątego października, zapiszemy 2016年10月9日 albo prościej 2016/10/09. Bardzo to wygodnie przy nazywaniu plików komputerowych, bo jeśli zaczynamy nazwę od daty, to pliki posortowane alfabetycznie ustawiają nam się także chronologicznie. Czytaj dalej

Alkohole w Japonii: piwo

Jakie alkohole pije się w Japonii? Czym różni się sake od sake? Jak nie pić piwa, które piwem nie jest? Czy można pić na ulicy? Czy piwo można dać jako prezent? Z jakich składników można przygotować zacier? Czy sake można popijać orzechówką? Dla tych, którzy Japonię odwiedzić planują, oraz dla tych, którzy pozostają przy czytaniu o niej, postanowiłem przygotować alkoholowy przewodnik w częściach. W nadchodzących postach zagłębimy się w bogactwo japońskiego rynku alkoholi. Na pierwszy ogień idzie szlachetny napój, którego można zamówić pięć kufli – piwo!

Historia japońskiego piwowarstwa zaczęła się – jak wiele innych historii – na początku przełomowego dla rozwoju Japonii okresu Meiji, czyli w drugiej połowie XIX wieku. Zamorski alkohol przez 150 lat przyjął się i wyewoluował, dostosowując się do japońskich podniebień, stając się obecnie najpopularniejszym napojem alkoholowym. Obok japońskich gustów, jednym z motorów napędowych ewolucji japońskiego piwa był japoński system podatkowy, a konkretnie akcyza. Wysoki podatek nakładany na piwo spowodował powstanie napojów piwopodobnych, wytwarzanych z innych surowców, które nie spełniają wymogów stawianych piwom, i w związku z tym nie mogą się piwami nazywać, ale na które nakładana akcyza jest niższa, co skutkuje bardziej przystępną ceną dla konsumenta. Czytaj dalej

Czego (nie) bać się w Japonii?

Japonia jest uważana za jeden z najbezpieczniejszych krajów świata. Osoby, które trochę podróżują, pewnie zauważyły, że w każdym kraju czy regionie charakterystyka odczuwanych zagrożeń jest trochę inna. W Polsce raczej nie obawiamy się ataku nożownika na ulicy, ale wiadomo, że telefon można łatwo stracić, a i znajdą się tacy, co w mordę dać mogą dać. W Indiach z kolei możemy się obawiać kieszonkowców i wyłudzaczy, a także obmacywaczy polujących na swoje ofiary w zatłoczonych miejscach, ale nikt nas tam raczej nie pobije. I tak dalej. Czego można bać się w Japonii? Zasadniczo niczego.

Według ostatniego raportu OECD, 70% Japończyków nie obawia się spacerować samotnie w nocy. To zaskakująco niska wartość, biorąc pod uwagę, że każdego wieczoru przez miasto maszerują tłumy napranych sararimanów, których okraść byłoby łatwiej, niż średnio rozgarnięte dziecko w Polsce. Wracając z labu do domu, często jadę przedostatnim pociągiem, startującym z centrum miasta około północy. Zazwyczaj zawartość tlenu w jego wagonach jest niska, z uwagi na wypierający go z atmosfery etanol. Mimo to, awantur nie ma żadnych, najwyżej rozmowy są trochę głośniejsze, niż w typowym pociągu dziennym. Nierzadko pasażerowie podróżują w stanie częściowego rozkładu – choć biorąc pod uwagę ich doświadczenie, pewnie normalnego. Nie jest dziwnym widokiem pan klęczący na podłodze wagonu, leżący korpusem na siedzeniu, z dyndającą ręką, która jakiś czas wcześniej trzymała telefon. Teraz telefon leży na podłodze, ale rzecz jasna nikt go nie rusza, tak samo jak zdelokalizowanej gdzieś wokół torby czy portfela. Czytaj dalej

Gdy wyzwanie rzuci los…

W Polsce walka Pokéfanów z Pokésceptykami trwa od jakiegoś tygodnia. W Japonii Pokémon GO (po japońsku to nie goł, tylko go) pojawiło się ledwie w piątek, ale już wzięło szturmem serca lokalsów (w co chyba nikt nie wątpił). W dodatku od pierwszego dnia wystartowała współpraca z McDolan’s, dzięki czemu koło licznych maków pojawiły się dżimy i pokéstopy, gromadzące łaknących rozmaitych dóbr graczy.

Aby przekonać się na własne oczy jak wypada popularność gry w trzecim dniu od wydania, wybrałem się dziś z aparatem do parku Yoyogi, fantastycznego miejsca w centrum Tokio, gdzie na codzień ludzie biegają, spacerują, grają [w] i grają [na], tańczą, śpiewają…

No cóż, wygląda na to, że moda nie oszczędziła żadnego stanu, klasy ani warstwy. Czytaj dalej

Ramen, król japońskiej kuchni

Jakiego lokalnego dania należy obowiązkowo spróbować podczas podróży po Japonii? Jeżeli ktoś myśli, że mówię u sushi, to grubo się myli. Bo choć gusta są różne i wszystko zależy od indywidualnego smaku, to prawidłowa odpowiedź na to pytanie jest jedna – należy spróbować ramenu (a w gruncie rzeczy, to nie jednego, tylko kilku ramenów!).

Czym jest ramen (zapisywany jako ラーメン, らーめん, ら~めん, らー麺, 拉麺)?

FullSizeRender 18

Fachowe polskie oko od razu zidentyfikuje ramen jako zupę, ale technicznie patrząc, ramen to pełnoprawne danie i nie dojadamy po nim schabowym z ziemniakami i gotowaną kapustą.

Czytaj dalej

Kagoshima: góry, wulkany, onseny, rameny – część druga

Po pierwszym dniu spędzonym na zwiedzaniu Kagoshimy (miasta) i Sakurajimy (udawanej wyspy), dnia drugiego wyruszyliśmy w kierunku gór. Za cel obraliśmy sobie Kirishimę, drugie co do wielkości miasto prefektury. I znów w nazwie mamy -shima, czyli wyspa. Tym razem żadnej wyspy (nawet eks-) tam nie było, był za to leżący w głębi lądu wulkan Kirishima.

Okolica ta znana jest z liczych (i dobrych!) onsenów i górskich szlaków. Niestety, z powodu nadprogramowej aktywności wulkanu część szlaków była zamknięta. W związku z tym skupiliśmy się na spacerze nie-po-górskich-szlakach oraz na wizycie w onsenie. Plan był następujący: dojechać pociągiem do stacji Kirishima-Jingu, potem autobusem podjechać pod część góry, do miejscowości Maruo. A stamtąd na własnych nogach krętą asfaltówką wdrapać się wyżej, do drogi 104 i zlokalizowanego tam onsenu Shinyuu. Jest on wysoko oceniany, z uwagi na osobliwy (w pozytywnym sensie, rzecz jasna) styl, łaźnie pod chmurką (rotenburo) i unikalną wodę o charakterystycznym aromacie.

Początek był bezproblemowy; dotarliśmy jadącym nadmorską trasą pociągiem JR do pożądanej stacji. Niestety okazało się, że autobus, który w teorii odbiera pasażerów z pociągu, który nas dowiózł, nie jeździ. Bo weekend. Ruszyliśmy więc pod górę z buta, przechodząc prze niewielkie miasteczko, w którym było niewiele, ale znalazło się miejsce na całkiem atrakcyjną, modną piekarnię.

DSC_0859DSC_0862DSC_0863

Po godzinie dogonił nas kolejny autobus, który zabrał nas do Maruo. Miasteczko to okazało się być nastawione na obsługę okolicznych onsenów i zlokalizowanych tam hoteli. Dookoła unosiły się obłoki pary wydobywające się  z instalacji transportujących gorącą wodę spod ziemi. Co ciekawe, nie widzieliśmy prawie żadnych nieazjatyckich turystów poza nami. Gdzieś przemknęło dwoje Niemców, ale tak poza tym to pusto.

Z Maruo ruszyliśmy drogą nr 1 na północ. Numer drogi mógłby wskazywać na jej niezwykłą ważność, ale nie wyglądała na główny szlak tranzytowy. Serpentynami dotarliśmy do onsenu Shinyuu – chyba mojego ulubionego miejsca tych wakacji.

Onsen i towarzyszący mu ryokan były zbudowane w środku niczego, chyba że do „czegoś” zaliczymy las. Zapach gorących wód unosił się już sto metrów wcześniej, z zielonych skał wystających poniżej i powyżej drogi. Drewniany budynek był otoczony na pozór chaotycznie położonymi rurami, z których o dziwo nic nie ciekło. Przed wejściem do onsenu musieliśmy się zameldować u starszego pana w recepcji, od niego też kupiliśmy ręczniczki – obok mydła dość istotną rzecz, którą należy mieć w onsenie. Bogatsze obiekty zapewniają wszystko, ale nasz był całkiem podstawowy. I kosztował 500 jenów. Onsen składał się z części krytej, podzielonej na męską i damską, oraz wspólnej odkrytej. Części kryte kryły przebieralnie (a właściwie rozbieralnio-ubieralnie, biorąc pod uwagę formę kąpieli w onsenach), umywalnie i dwa nieduże baseny z gorącą wodą dla każdej płci.

Ach: co robimy w onsenie? Po całkowitym rozebraniu się, należy się dokładnie umyć. Służą do tego krany z zimną wodą, miski do nabierania wody ciepłej i małe plastikowe zydelki. Te ostatnie najłatwiej zauważyć. Ważna rzecz – nie zanurzamy żadnej części ciała we wspólnej wodzie, zanim się porządnie nie wyszorujemy. W tym celu bierzemy, miskę, siadamy na zydelku, nabieramy trochę wody gorącej i uzupełniamy do pożądanej temperatury zimną. Następnie oblewamy się, namydlamy, szorujemy niewielkim ręczniczkiem, a potem powtarzamy wiele razy. Zawsze dobrze umyć się jeszcze dwa razy więcej, niż wydaje się nam, że wystarczy. Następnie spłukujemy miejsce na którym siedzieliśmy, odstawiamy akcesoria i powoli zanurzamy się w gorącej wodzie. Ręczniczek, który służył nam do mycia, zabieramy ze sobą, ale nie zanurzamy go we wspólnej wodzie! Najlepiej położyć go gdzieś na brzegu albo klasycznie – złożyć na cztery i położyć na głowie. Jeżeli nie wiemy co robić, to podpatrujemy sąsiada i naśladujemy go. Trzeba tylko uważać, żeby nie patrzeć się zbyt natarczywie i wprost. W końcu to my jesteśmy tam do bycia oglądanymi, a nie na odwrót 😉

W onsenie Shinyuu łaźnia na zewnątrz była koedukacyjna (straszne słowo). Panie, które wchodziły do części wspólnej, miały duże ręczniki kąpielowe, którymi mogły się okręcić. Panowie takich atrakcji nigdy nie mają, więc jak ktoś wstydliwy, to mógł przysłonić (np. twarz) tym niewielkim ręczniczkiem do mycia. Ponieważ na początku prawie nikogo nie było, mogliśmy korzystać z pełni uroku onsenu na zewnątrz: leżeć w gorącej, nieco śmierdzącej wodzie, w cieniu lub na słońcu, rozkoszować się ciszą, spokojem i takimi tam.

Zaraz jednak zjawili się inni goście – na szczęście sami Japończycy, przeważnie w-miarę-tubylcy. O tym ostatnim przekonaliśmy się prosto, gdy najodważniejszy do nas zagadał. Zamiast mówić klasycznym japońskim w wersji tokijskiej, poskrzeczał trochę w swoim akcencie z południowego Kyushu. Tematy były klasyczne – pogoda, kim jesteśmy, co nas tu przywiało. Generalnie w mniejszych, lokalnych onsenach ludzie często się znają. Także zawsze usłyszymy „dobry wieczór” i jakieś grzecznościowe rozmowy podczas szorowania się i moczenia w wodzie. Jeden z panów powiedział nam, że zapach ze skóry po kąpieli schodzi po ok. tygodniu. I wiele się nie pomylił.

Po zakończeniu kąpieli udaliśmy się do umywalni, a następnie rozbieralnio-ubieralni. Po skompletowaniu wszystkich ubrań wyszliśmy na zewnątrz i ruszyliśmy w drogę powrotną, ale zaraz dogonił nas jeden z naszych kąpielowych ziomków, na skuterze. Zatrzymał się, zdjął rękawice i przybił nam piątki. A potem ruszyliśmy w swoje strony. My – do Kagoshimy.

DSC_0870DSC_0876DSC_0886DSC_0889DSC_0893DSC_0896