Muzeum Nikona w Tokio

W Tokio i okolicach jest mnóstwo muzeów i większość mi znanych ma bardzo rozsądne ceny biletów wstępu. Dlatego też turyści z niewielkim budżetem mogą sobie pozwiedzać do woli. Kilka dni temu przeczytałem o mieszczącym się w mieście Hachioji muzeum Olympusa, znanego producenta sprzętu optycznego (fotografia, mikroskopy). Okazało się, że inne firmy też mają takie placówki, a w dodatku zlokalizowane w bardziej wielkomiejskich lokacjach. I, po krótkim planowaniu, udałem się w sobotę do muzeum Nikona. Czytaj dalej

Reklamy

Zmiany na Tokyo Tech

Rewolucje to nie japońska specjalność. Można odnieść wrażenie, że wszystko tu zmienia się w ślimaczym tempie, jeśli w ogóle. Tym większe było moje zdziwienie, gdy w tym tygodniu dowiedziałem się o fundamentalnych zmianach na moim uniwersytecie. I, co ciekawe, nie wchodzą w życie w 2025 roku, tylko już tej jesieni wiosny.

Wszystko dlatego, że Tokyo Tech postawił sobie za cel trafienie do najlepszej dziesiątki uniwersytetów na świecie. Cel bardzo ambitny, biorąc pod uwagę jakie uczelnie tam obecnie się kręcą, ale warto stawiać sobie wyzwania. W sumie mogli by spróbować wywalić z czołówki uniwersytety singapurskie. Zarys reformy, która ma umożliwić ten awans, jest opisany w angielskojęzycznej broszurze dostępnej na stronie uniwersytetu. Czytaj dalej

Stypendium JSPS: druga część rekrutacji

Wyniki pierwszego etapu konkursowego przyszły w połowie października. Na 514 złożonych aplikacji odrzucono 387, od razu zaakceptowane zostały 103, a 24 zostały skierowane na dodatkową ewaluację. Mi udało się trafić na drugą turę ewaluacji, czyli rozmowę.

Nie wiem na jakiej zasadzie przydzielana jest ostatnia kategoria. Sensowne możliwości są dwie: albo po prostu lądują prace ocenione w jakim zakresie punktowym, albo lecą tam osoby, którem miały niezły pan badań, ale co do których samodzielności i umiejętności pozostają jakieś wątpliwości. Krótko mówiąc przypadki podejrzane, czyli studenci z mizernych uniwersytetów i obcokrajowcy 😉

Wraz z wynikami przyszła szczegółowa instrukcja co należy zrobić dalej. Przede wszystkim należało w przeciągu tygodnia potwierdzić gotowość stawienia się we wskazanym terminie w siedzibie fundacji. Udostępniono także informacje jak będzie wyglądać rozmowa i co należy przygotować. Całość zmieściła się jednej kartce A4, ale odczytanie zawartości było bardzo pracochłonne, ponieważ: (a) oczywiście była w języku japońskim, (b) treść zapisana była w bardzo formalnym języku, z mnóstwem znaków kanji i dość specjalistycznymi zwrotami. Dość powiedzieć, że nasi labowi studenci byli bardzo rozbawieni widząc przysłaną mi instrukcję. Czytaj dalej

Skaczemy oczko wyżej, czyli stypendium JSPS

Jedną z najciekawszych i pouczających rzeczy, jakie można zrobić w Japonii, jest próba swoich sił w zdobyciu pieniędzy na badania (czyli grantu badawczego). Oczywiście korzystanie z puli dla obcokrajowców to żadna frajda i pójście na łatwiznę, dlatego od razu najlepiej uderzyć wysoko i konkurować z najlepszymi studentami japońskimi.

Taką możliwość daje fundacja zwana po angielsku Japan Society for the Promotion of Science (JSPS) [日本学術振興会]. Z budżetem około 3000 oku jenów (oku [億] to japońska jednostka równa 10^8, czyli stu milionom), co przelicza się obecnie na około 10 mld złotych, oferuje różne stypendia i granty badawcze, głównie nieduże, dla młodych naukowców. Interesującą doktorantów pozycją jest Research Fellowship for Young Scientist, zapisywane po japońsku z zupełnie innym znaczeniem: raczej Special Researcher [特別研究員].

Ponieważ zdobył je w swoim czasie mój bezpośredni szef, a wcześniej jeszcze nasz superszef, aby próbować utrzymać dobrą tradycję, w tym roku zostałem wydelegowany ja. Czytaj dalej

O nowym stanie skupienia i starym, suchym lodzie, ale w supermarkecie.

Powoli przetacza się przez internety wieść o odkryciu interesujących właściwości materiału nazwanego metalem Jahna-Tellera. Materiał jest dobrze ściśniętą mieszaniną fullerenu C-60 i rubidu. Interia.pl pisze o „międzynarodowym zespole naukowców”, ale nie chwali się, że to zespół z japońskiego uniwersytetu. Na dodatek jest to Uniwersytet Tohoku ( ͡° ͜ʖ ͡°), więc ja uzupełnię ten brak. Kierownikiem tego interesu jest prof. Kosmas Prassides, a jego grupa formalnie należy do projektu ERATO mojego ulubionego prof. Hiroyuki Isobe. Jeśli ktoś chce zasięgnąć wiedzy na temat odkrycia u źródła, to polecam zajrzeć na stronę instytutu, w zakładkę press release.

Jednak nauka nauką, a ważne jest, jak technologia wchodzi pod strzechy. W pobliskim supermarkecie Tokyu mogę skorzystać z dwóch fajowych usług (po japoński saabisu). Pierwsza z nich to chłodzone szafki. Chwila, nie jest to wcale tak głupie, jak brzmi. Wracając „z miasta” często spieszymy się do domu z zakupami, które muszą być przechowywane w niskiej temperaturze. I o ile różnego rodzaju torby termiczne częściowo ułatwiają sprawę, to w Japonii, z racji wysokiej temperatury i wilgotności, jest trochę trudniej, niż się może wydawać. Jeżeli więc spieszymy się do domu, to raczej nie zajdziemy do sklepu, żeby dokupić jeszcze jakąś głupotę. I tu wychodzi nam na przeciw firma Tokyu, która przy wejściu proponuje chłodzone szafki. Zostawiamy uprzednio zdobyte zakupy, kupujemy na spokojnie co chcemy i wracamy obładowani do domu. Bardzo mi się to rozwiązanie podoba.

Ale lepszy bajer jest w środku. Jeśli kupujesz coś, co powinno być przechowywane w zamrażarce, to otrzymujesz żeton na dorai aisu saabisu, czyli na darmową porcję suchego lodu. Z początku myślałem, że to jednak zwykły lód, ale wrzuciłem do maszyny żeton, podstawiłem torebkę i zgarnąłem w nią garść pastylek suchego lodu. Po szczelnym zamknięciu torby, objętość zawartości zaczęła pęcznieć (suchy lód sublimuje), a w przypadku zwykłego powinna się trochę zapaść (wychłodzone powietrze ma większą gęstość). Ale najważniejsze, że zawartość torebki dotarła do domu w stanie porządnie zmrożonym! Elegancko!

Stypendium MEXT: część trzecia

Ponieważ – ku mojemu zaskoczeniu – pojawiło się zainteresowanie dalszymi etapami rekrutacji na stypendium MEXT, ciągniemy temat dalej.

Kandydaci, którzy zostali zakwalifikowani przez BUWiWM, zostają zaproszeni na egzaminy i rozmowę kwalifikacyjną do ambasady. Terminu nie da się przesunąć. O ile mnie pamięć nie myli, ma to miejsce na przełomie maja i czerwca. W przypadku kandydatów na studia podyplomowe do zdania jest język angielski i japoński.

Ten drugi jest nieobowiązkowy i wydaje mi się, że dla studentów nauk technicznych ma niewielkie znaczenie. Składa się z trzech części o różnej trudności, ale jeśli ktoś rzeczywiście się nie przykładał do nauki przez dłuższy czas, to na dobry wynik ciężko liczyć. Jako ciekawostkę wspomnę, że istnieją stypendyści (z innych krajów), którzy otrzymują z tego testu niezłe wyniki (powiedzmy kwalifikujące ich zdolności na poziomie A2), a nie znają pięciu słów na krzyż, nie mówiąc o gramatyce. Ot, taka specyfika pewnych regionów świata.

Test z języka angielskiego składa się z pytań na różnym poziomie, od podstawowego, do dość zaawansowanego. Ale bez przesady. Cały czas wspominam typ pytań, w którym należało zaznaczyć jedno z czterech zdań, będące błędnym. Ekspertem językowym nie jestem, ale w niektórych przypadkach miałem wrażenie, że dwa, trzy, albo nawet cztery zdania zawierają błąd. Ale że pytania układane są gdzieś u góry, w Japonii, to nie ma się komu żalić.

Po testach pisemnych następuje tura rozmów kwalifikacyjnych. Rozmowy są niedługie i dotyczą zarówno planu badań, jaki się przedstawia, jak i tematów okołojapońskich. Nie, nie trzeba być zorientowanym w bieżącej japońskiej polityce 😉 Po przeegzaminowaniu Ambasada wydaje rekomendacje wybranym kandydatom. Co to oznacza? Jeśli się taką rekomendację dostanie, to już najtrudniejsze za nami. To pierwszy, ale najtrudniejszy etap kwalifikacji.

Z taką rekomendacją możemy szukać naszego przyszłego uniwersytetu. A właściwie bardziej grupy badawczej, bo praca magisterska i doktorska, przynajmniej w naukach ścisłych i przyrodniczych, to w mniejszym stopniu wykłady, a bardziej praca badawcza w labie. Magistanci mają oczywiście wykłady, ale raczej niewiele i często wystarczy być, nawet przespać, aby zdać. Sporadycznie w celu zaliczenia należy popełnić jakiś nudne repooto.

O ile rekomendacja, a potem ostateczna zgoda, umożliwiają nam finansowanie i studiowanie w ogóle, o tyle wybór labu decyduje o jakości naszego przyszłego dyplomu. Jak już wiecie z poprzednich wpisów, nazwa uczelni na dyplomie jest ważniejsza niż cokolwiek innego. Kandydaci ze stypendium MEXT mają bardzo ułatwione wejście na najlepsze japońskie uniwersytety. Można więc uderzać na uczelnie z czołówki rankingów światowych. Cała trudność polega na tym, że zgłaszamy chęć dołączenia do grupy bezpośrednio profesorowi. To on decyduje, czy nam odpisze, a jeśli odpisze, to czy nie spławi z marszu. Zagraniczny student ze stypendium, oprócz tego że przynosi pieniądze, ręce do pracy i trochę prestiżu, to równie dobrze może sprawiać więcej kłopotu niż pożytku. Zwłaszcza, jeśli pochodzi z kraju o niezbyt wysokiej kulturze nauki.

Bardzo zachęcam do próbowania zgłaszania się na dobre uczelnie. Łatwiej dostać odpowiedź ze słabej grupy, ale w rezultacie można stracić to, co najbardziej wartościowe – szansę uczenia się od najlepszych. Garść rad ode mnie dotyczących wyboru zespołu: nie za duży, nie za mały. W małej grupie nauczysz się mniej, a w dużej możesz widzieć swojego profesora raz w miesiącu. Grupy składające się z 8-12 studentów wydają mi się być optymalne. Radzę także unikać grup wysokoumiędzynarodowionych. Zwłaszcza takich, w której jest więcej niż dwoje Azjatów spoza Japonii. Z drugiej strony być pierwszym obcokrajowcem w zespole to ciekawa przygoda, ale nie zawsze kończy się pomyślnie 😉

Po uzyskaniu wstępnej akceptacji w jednym zespole, możemy spróbować w jeszcze jednym. I jeszcze jednym. Z maksymalnie trzech grup organizujemy potwierdzenia gotowości przyjęcia i zanosimy do ambasady. Ale procedury będą jasno wyłożone. Po wypełnieniu wszystkich formalności czekamy na ostateczne potwierdzenie przyznania stypendium, które pojawia się dość późno, bo dopiero w grudniu-styczniu. A potem zostaje już tylko pakować walizki i wybierać drobne suweniry dla swoich nowych ziomków!

Krótka politechniczna pieśń pochwalna

Bardzo często można ostatnio lub usłyszeć jak to polscy absolwenci nie są odpowiednio przygotowani do przeżycia na rynku pracy. że brak im umiejętności, podejścia, zrozumienia po co właściwie pracują itp. I zazwyczaj wina rozkładana jest po części na kadry uniwersyteckie, a po części na samych studentów.

A jak to jest z osobami wybierającymi “rynek alternatywny”, czyli karierę akademicką? Temat oczywiście bardzo złożony, wielowarstwowy i tak dalej, ale chcę dołożyć swoją cegiełkę – czyli co mi przyszło po tych studiach, patrząc z perspektywy dwóch lat od opuszczenia alma mater. A, właśnie: Politechnika Warszawska, kierunek Technologia Chemiczna.

Na wypadek, gdyby moja rodzina w tym miejscu wpadła w panikę i zaczęła do mnie dzwonić, żebym usunął post w imię dobrych relacji z macierzystą uczelnią, uprzedzam – nie będzie źle. Czytajcie dalej.

Aby być bardziej precyzyjnym: będę odnosił się do tego, czego można było się nauczyć (a przynajmniej tak mi się wydaje), a nie czego właściwie się nauczyłem. Nie chcę się też zajmować sposobem przekazywania wiedzy w najbardziej dosłownym znaczeniu, a bardziej treścią i możliwościami, jakie oferowano studentom. To jadziem.

Świeżo po zakończeniu studiów najsilniej zapisane miałem w pamięci wpadki. Odchamiacze na I roku (Polska w Unii Europejskiej, jak ktoś pamięta), seminaria i prezentacje, które często były po nic, wybrane przedmioty, których prowadzący nie przygotowali wystarczająco oraz brak praktycznie czegokolowiek z tzw. współczesnej chemii organicznej.

Po dwóch latach weryfikacji na dżapońskiej uczelni zdecydowanie bardziej widać plusy.

Raz. Chemia fizyczna. Płacze, jęki, groźby rzucane w powietrze. Zmora większości, walczącej o pozostanie na liście studentów na kolejny rok. I ciągłe narzekanie, że nikomu to nie potrzebne. Ale zaryzykuję stwierdzenie, że w karierze akademickiej zrozumienie chemii fizycznej jest niezbędne do osiągnięcia sukcesu. Bo znajomość chaefów jest kluczowa do rozwoju naukowego. Czy się jest chemikiem analitykiem, organikiem, polimerowcem czy jakimkolwiek innym – bez opanowanej termodynamiki i kinetyki często nie zrozumie się nieoczekiwanych wyników, ani nie rozszerzy się horyzontów swoich badań. Chemia fizyczna jest jak uniwersalna linijka, którą można przyłożyć do chemika. Znasz? Szacunek. Prawdopodobnie twoje niechemicznofizyczne badania są nieźle przemyślane. Nie znasz? Uśmiech politowania, porozmawiajmy o pogodzie.

Ja wiem, że to brzmi jak wyolbrzymianie, przerysowanie. Ale w praktyce można nie znać chemii organicznej, nieorganicznej, kwantowej. Lecz bez chemii fizycznej daleko nie zajdziesz. Wszyscy chemicy których spotkałem i którzy zrobili na mnie mocne wrażenie, to osoby, które chemię fizyczną miały dobrze obcykaną.

Jeżeli więc czyta to ktoś, kto szukał jeszcze dziś powodu, aby odłożyć naukę do kolokwium lub egzaminu z tej dziedziny, to radzę jak komu dobremu – wrrrrrróć i przemyśl swoje życie jeszcze raz.

A do tego legendarne sprawozdania z ćwiczeń, szlifowanie wykresów, wyprowadzanie równań do metody najmniejszych kwadratów, tłumaczenie czemu stała stężeniowa właściwie zależy od stężenia – to wszystko kiedyś zaprocentuje. I to tym można pokazać swoją klasę.

Dwa. Krystalografia. Ta zawsze atakuje z zaskoczenia. Nic nic nic nic nic i nagle: łup! W spokojnym żywocie materializują się grupy przestrzenne. Pcc2? Trzeba było siedzieć, słuchać i notować na wykładzie, potem zaś próbować zrozumieć. Teraz to już za późno.

Za moich czasów opanowanie krystalografii na poziomie wykładu w bardzo dobrym stopniu świadczyło o przynależności do grupy nadludzi. Ale to mocny punkt studiów.

Trzy. Informatyka, a właściwie jej część dotyczące średniozaawansowanych funkcji Worda i Excela. Samo zarysowanie możliwości bardziej złożonych formuł, makr oraz Visual Basica wystarczy, żeby móc potem samodzielnie rozwinąć swoje zdolności w tym kierunku. Moja opinia w tym temacie ukształtowała się pod wpływem jednego z czytelników tego bloga 😉

Cztery. Wykłady gości zagranicznych. To niestety chyba jeszcze rzadkość, ale mi udało się trafić na taki jeden. Profesor z Holandii, z Uniwersytetu Twente, opowiadał o swoich badaniach, czytaliśmy jego artykuły, a na koniec sprawdził nasze zrozumienie tematu serią prostych pytań, na które ściąganie nie mogło pomóc. Sama treść wykładu nie była przełomowa, trwał w sumie 10-15 godzin, ale pokazano nam jak można podchodzić do badań inaczej. Na duży plus.

Pięć. Wybrane ćwiczenia (np. spektroskopia emisyjna na analizie instrumentalnej), gdzie zamiast korzystać z zaawansowanych sprzętów, używaliśmy metod z pradawnych czasów. Dzięki temu nie traktuje się przyszłości aparatura jak czarnej skrzynki; tu wlewam, tam wylatuje, a drukarka robi resztę.

Sześć. Ograniczone fundusze. Tak, to brzmi głupio, ale niedostatki na wczesnym etapie kariery mogą (choć nie muszą) zaowocować wyrobieniem dobrych praktyk na przyszłość. Im szybciej nabędzie się świadomość, że naprawa skomplikowanej aparatury KOSZTUJE, a 1 gram wydumanego związku kosztującego 1000 zł robi taką samą różnicę na fakturze, jak 100 litrów rozpuszczalnika po dychu za litr, tym lepiej.

Siedem. LPT, czyli laboratorium procesów technologicznych, prowadzone w budynku o opalizujących oknach. To nic, że przygotowywane projekty powiększenia skali nie miały często sensu, że szacowanie jednostkowego kosztu produktu powodowało tymczasową całkowitą rezygnację, a projekt mógł mieć ponad sto stron, a i tak nikomu się potem nie przydał. Takie zajęcia poszerzają horyzonty, a to jedna z podstawowych rzeczy w karierze naukowej.

Z pewnością jest jeszcze wiele rzeczy wartych wspomnienia tutaj. Niektóre z nich zostały wypchnięte z pamięci przez moje uczucia, którymi darzę chemię fizyczną. Ale nie o to chodzi, żeby wszystko wypunktować. Z wielkim zadowoleniem stwierdzam, że z obecnej perspektywy studia na Politechnice Warszawskiej nie były czasem zmarnowanym. Tylko żal, że nie można się cofnąć w czasie i trochę bardziej przyłożyć.