Po co brać drewno do lasu? Big Sur.

Coraz śmielej sobie poczynamy ze zwiedzaniem okolicy. Trzy tygodnie temu zrobiliśmy pętlę po półwyspie San Francisco, w zeszłym tygodniu byliśmy w zatoce Monterey na obserwowaniu wielorybów, a w tym wybraliśmy się jeszcze dalej na południe, do Big Sur.

Big Sur jest rejonem położonym na wybrzeżu, dwie i pół godziny drogi na południe od nas. To górzysty obszar porośnięty lasami, który przyciąga turystów piękną, rozwiniętą linią brzegową, klifami, wystającymi z oceanu skałami i odizolowanymi piaszczystymi plażami. Oprócz pięknych widoków, Big Sur oferuje liczne trasy trekkingowe.

Amerykańskie Święto Dziękczynienia, i związany z nim dług weekend, było dla nas dobrą okazją, żeby do Big Sur się wybrać, a przy okazji przetestować, czy nasz samochód może służyć jako kamper dla dwóch osób. Zarezerwowaliśmy sobie miejsce kempingowe w jednym z parków stanowych, zebraliśmy niezbędne wyposażenie i prowiant, i ruszyliśmy w drogę. Czytaj dalej

Reklamy

Spacer po Koto-ku

Na południowy wschód od Tokio leżą dwa ważne punkty turystyczne: Odaiba, wyspa pełna różnorakich atrakcji (choć niektórzy utrzymują, że liczy się tam tylko miniaturowa Statua Wolności), oraz targ rybny Tsukiji. Pomiędzy nimi, a także trochę dalej na wschód, znajdują się tereny wśród turystów niezbyt popularne: poprzecinane kanałami wysepki dzielnicy Koto-ku, a także odrębne administracyjnie Kachidoki i Tsukishima.

Pierwszy raz trafiłem tam ponad rok temu, podczas nocnego spaceru po Tokio. Choć wtedy miałem inny plan zwiedzania, zamknięty Rainbow Bridge zmusił mnie do powrotu „do cywilizacji” właśnie przez wysepki Koto-ku. Ponieważ okolica wydawała się ciekawa, kolejne podejście do zwiedzania miało miejsce zeszłego lata. Niestety, wówczas silny deszcz i dziurawe buty utrudniły szczegółowe zapoznanie się z terenem. Kolejną próbę zwiedzania podjąłem dzisiaj – i wyszło tak, jak chciałem. Czytaj dalej

Jeszcze trochę zdjęć

Korzystając ze sprzyjającego układu gwiazd na rynku fotograficznym oraz innych okoliczności, posłałem na zasłużoną emeryturę mój aparat fotograficzny. Służył mi przez 7 lat z okładem i nie zawodził, więc szkoda było się z nim żegnać. Ale z drugiej strony wygodnie mieć używalne ISO powyżej 400 (nie miał jeszcze CMOSa) i przy okazji odciążyć trochę stare plecy.

Jakoś przy okazji stwierdziłem, że może za dużo przez te półtora roku siedziałem w labie, a za mało łaziłem po mieście. A Tokio jest chyba najlepszym miastem do łażenia w jakim byłem – o ile nie jest pierońsko gorąco albo nie pada. Z drugiej jednak strony postęp badań wydaje się trochę bardziej perspektywiczny, niż rzeczone łażenie, i to z tego postępu będą mnie rozliczać przyszli pracodawcy (a przynajmniej tak lubię sobie mówić; ponieważ ostatnio jestem w środku poszukiwań pracy, widzę, że to chyba nie do końca tak działa). Czytaj dalej

(Prywatna) komunikacja publiczna

Jednym z japońskich powodów do dumy na świecie jest sprawnie działające komunikacja. Zarówno ta dalekobieżna, czyli samoloty, szybkie koleje i autobusy, jak i lokalna, którą tworzą koleje, metro, tramwaje i autobusy. W szczególności ta lokalna jest niezwykle ciekawym zjawiskiem, bo zapewnia płynne, codzienne poruszanie się masom ludzi mieszkającym w dużych miastach i metropoliach. Przypomnijmy, że w Tokio mieszka ponad 13 milionów ludzi, a w Greater Tokyo Area prawie 38 milionów, czyli garstka mniej, niż w całej Polsce. To, co może być szczególnie zaskakujące dla niektórych, to fakt, że znaczna większość komunikacji w GTA jest prywatna: pociągi, autobusy, większość linii metra. Czytaj dalej

Muzeum Nikona w Tokio

W Tokio i okolicach jest mnóstwo muzeów i większość mi znanych ma bardzo rozsądne ceny biletów wstępu. Dlatego też turyści z niewielkim budżetem mogą sobie pozwiedzać do woli. Kilka dni temu przeczytałem o mieszczącym się w mieście Hachioji muzeum Olympusa, znanego producenta sprzętu optycznego (fotografia, mikroskopy). Okazało się, że inne firmy też mają takie placówki, a w dodatku zlokalizowane w bardziej wielkomiejskich lokacjach. I, po krótkim planowaniu, udałem się w sobotę do muzeum Nikona. Czytaj dalej

Kagoshima: góry, wulkany, onseny, rameny – część trzecia

Po zakończeniu zwiedzania części pseudokontynentalnej Kagoshimy wyruszyliśmy południe, w kierunku niewielkiej wyspy Yakushimy. W gruncie rzeczy to Yakushima była głównym celem naszej wyprawy, a miasto Kagoshima i okolice zobaczyliśmy tylko przy okazji.

Yakushima jest położoną ponad 100 km na południe od Kagoshimy wyspą. Znana jest z wyjątkowo deszczowego klimatu; roczny opad tam jest najwyższy w Japonii i jednym z większych na świecie. Oprócz tego słynie z prastarych cedrów (najstarszy ma ponad 2000 lat, ale nie wiadomo ile dokładnie), szlaków biegnących przez gęste lasy, onsenów.

Dojazd na wyspę zapewniają linie lotnicze, aczkolwiek bilety są dość drogie, a loty niezbyt częste.  Z racji krótkiego pasa połączenia obsługują małe samoloty, jak Saab 340. Przyznam się, że z tego powodu chętnie bym spróbował lotu, bo nie leciałem jeszcze niczym mniejszym niż Bombardier Dash 8-300. Oprócz samolotów kursują tu także duże promy samochodowe, będące najtańszym sposobem dostania się na wyspę, oraz szybkie wodoloty. Czytaj dalej

Kagoshima: góry, wulkany, onseny, rameny – część druga

Po pierwszym dniu spędzonym na zwiedzaniu Kagoshimy (miasta) i Sakurajimy (udawanej wyspy), dnia drugiego wyruszyliśmy w kierunku gór. Za cel obraliśmy sobie Kirishimę, drugie co do wielkości miasto prefektury. I znów w nazwie mamy -shima, czyli wyspa. Tym razem żadnej wyspy (nawet eks-) tam nie było, był za to leżący w głębi lądu wulkan Kirishima.

Okolica ta znana jest z liczych (i dobrych!) onsenów i górskich szlaków. Niestety, z powodu nadprogramowej aktywności wulkanu część szlaków była zamknięta. W związku z tym skupiliśmy się na spacerze nie-po-górskich-szlakach oraz na wizycie w onsenie. Plan był następujący: dojechać pociągiem do stacji Kirishima-Jingu, potem autobusem podjechać pod część góry, do miejscowości Maruo. A stamtąd na własnych nogach krętą asfaltówką wdrapać się wyżej, do drogi 104 i zlokalizowanego tam onsenu Shinyuu. Jest on wysoko oceniany, z uwagi na osobliwy (w pozytywnym sensie, rzecz jasna) styl, łaźnie pod chmurką (rotenburo) i unikalną wodę o charakterystycznym aromacie.

Początek był bezproblemowy; dotarliśmy jadącym nadmorską trasą pociągiem JR do pożądanej stacji. Niestety okazało się, że autobus, który w teorii odbiera pasażerów z pociągu, który nas dowiózł, nie jeździ. Bo weekend. Ruszyliśmy więc pod górę z buta, przechodząc prze niewielkie miasteczko, w którym było niewiele, ale znalazło się miejsce na całkiem atrakcyjną, modną piekarnię.

DSC_0859DSC_0862DSC_0863

Po godzinie dogonił nas kolejny autobus, który zabrał nas do Maruo. Miasteczko to okazało się być nastawione na obsługę okolicznych onsenów i zlokalizowanych tam hoteli. Dookoła unosiły się obłoki pary wydobywające się  z instalacji transportujących gorącą wodę spod ziemi. Co ciekawe, nie widzieliśmy prawie żadnych nieazjatyckich turystów poza nami. Gdzieś przemknęło dwoje Niemców, ale tak poza tym to pusto.

Z Maruo ruszyliśmy drogą nr 1 na północ. Numer drogi mógłby wskazywać na jej niezwykłą ważność, ale nie wyglądała na główny szlak tranzytowy. Serpentynami dotarliśmy do onsenu Shinyuu – chyba mojego ulubionego miejsca tych wakacji.

Onsen i towarzyszący mu ryokan były zbudowane w środku niczego, chyba że do „czegoś” zaliczymy las. Zapach gorących wód unosił się już sto metrów wcześniej, z zielonych skał wystających poniżej i powyżej drogi. Drewniany budynek był otoczony na pozór chaotycznie położonymi rurami, z których o dziwo nic nie ciekło. Przed wejściem do onsenu musieliśmy się zameldować u starszego pana w recepcji, od niego też kupiliśmy ręczniczki – obok mydła dość istotną rzecz, którą należy mieć w onsenie. Bogatsze obiekty zapewniają wszystko, ale nasz był całkiem podstawowy. I kosztował 500 jenów. Onsen składał się z części krytej, podzielonej na męską i damską, oraz wspólnej odkrytej. Części kryte kryły przebieralnie (a właściwie rozbieralnio-ubieralnie, biorąc pod uwagę formę kąpieli w onsenach), umywalnie i dwa nieduże baseny z gorącą wodą dla każdej płci.

Ach: co robimy w onsenie? Po całkowitym rozebraniu się, należy się dokładnie umyć. Służą do tego krany z zimną wodą, miski do nabierania wody ciepłej i małe plastikowe zydelki. Te ostatnie najłatwiej zauważyć. Ważna rzecz – nie zanurzamy żadnej części ciała we wspólnej wodzie, zanim się porządnie nie wyszorujemy. W tym celu bierzemy, miskę, siadamy na zydelku, nabieramy trochę wody gorącej i uzupełniamy do pożądanej temperatury zimną. Następnie oblewamy się, namydlamy, szorujemy niewielkim ręczniczkiem, a potem powtarzamy wiele razy. Zawsze dobrze umyć się jeszcze dwa razy więcej, niż wydaje się nam, że wystarczy. Następnie spłukujemy miejsce na którym siedzieliśmy, odstawiamy akcesoria i powoli zanurzamy się w gorącej wodzie. Ręczniczek, który służył nam do mycia, zabieramy ze sobą, ale nie zanurzamy go we wspólnej wodzie! Najlepiej położyć go gdzieś na brzegu albo klasycznie – złożyć na cztery i położyć na głowie. Jeżeli nie wiemy co robić, to podpatrujemy sąsiada i naśladujemy go. Trzeba tylko uważać, żeby nie patrzeć się zbyt natarczywie i wprost. W końcu to my jesteśmy tam do bycia oglądanymi, a nie na odwrót 😉

W onsenie Shinyuu łaźnia na zewnątrz była koedukacyjna (straszne słowo). Panie, które wchodziły do części wspólnej, miały duże ręczniki kąpielowe, którymi mogły się okręcić. Panowie takich atrakcji nigdy nie mają, więc jak ktoś wstydliwy, to mógł przysłonić (np. twarz) tym niewielkim ręczniczkiem do mycia. Ponieważ na początku prawie nikogo nie było, mogliśmy korzystać z pełni uroku onsenu na zewnątrz: leżeć w gorącej, nieco śmierdzącej wodzie, w cieniu lub na słońcu, rozkoszować się ciszą, spokojem i takimi tam.

Zaraz jednak zjawili się inni goście – na szczęście sami Japończycy, przeważnie w-miarę-tubylcy. O tym ostatnim przekonaliśmy się prosto, gdy najodważniejszy do nas zagadał. Zamiast mówić klasycznym japońskim w wersji tokijskiej, poskrzeczał trochę w swoim akcencie z południowego Kyushu. Tematy były klasyczne – pogoda, kim jesteśmy, co nas tu przywiało. Generalnie w mniejszych, lokalnych onsenach ludzie często się znają. Także zawsze usłyszymy „dobry wieczór” i jakieś grzecznościowe rozmowy podczas szorowania się i moczenia w wodzie. Jeden z panów powiedział nam, że zapach ze skóry po kąpieli schodzi po ok. tygodniu. I wiele się nie pomylił.

Po zakończeniu kąpieli udaliśmy się do umywalni, a następnie rozbieralnio-ubieralni. Po skompletowaniu wszystkich ubrań wyszliśmy na zewnątrz i ruszyliśmy w drogę powrotną, ale zaraz dogonił nas jeden z naszych kąpielowych ziomków, na skuterze. Zatrzymał się, zdjął rękawice i przybił nam piątki. A potem ruszyliśmy w swoje strony. My – do Kagoshimy.

DSC_0870DSC_0876DSC_0886DSC_0889DSC_0893DSC_0896