To żyje!

Od czasu ostatniego wpisu, t.j. od 4 lutego, upłynęło prawie pół roku. W tym czasie na zapleczu Katahiry wiele się zmieniło; przede wszystkim z końcem marca opuściłem Japonię na stałe, koniec więc wycieczek po Tokio i okolicach oraz bardziej egzotycznych zakątkach tego kraju.

Na ostatniej prostej życia w Japonii pojawiło się w mojej głowie kilka tematów, raczej praktycznych, o których warto napisać. Mam nadzieję je niebawem dopracować i opublikować. Istnieje też niezerowe prawdopodobieństwo, że Japonię odwiedzę w przyszłości. Póki co bardziej prawdopodobne, że w charakterze turysty, ale może i praca mnie tam kiedyś zagna.

Po wyjeździe byłem trochę w Polsce, gdzie zająłem się sprawami najważniejszymi i zaczerpnąłem trochę świeżego, miejskiego powietrza, po czym, trochę znienacka, przeprowadziłem się za świeżo poślubioną małżonką na zachód. Niby w drugą stronę, a mam teraz do Tokio bliżej, niż z Warszawy.

Niby zachód już nie zgniły i nie dziki, ale patrząc, co wyprawiają z sushi…

DSCF1301DSCF1289DSCF1234

Czy mogę być winna jenika?

Tytułowe zdanie w wersji z „grosikiem” słyszał chyba każdy i to przynajmniej tyle razy, że w sumie zebrałyby się do dyszki albo i lepiej. W Japonii natomiast przez cztery lata ani razu nie zdarzyło się, żeby ktoś nie wydał mi pełnej reszty na zakupach. Powodów ku temu jest kilka, zacznijmy więc od najbardziej oczywistych.

Przede wszystkim nie mieści się to w japońskiej kulturze; kto był, to widział, a kto nie, to słyszał lub czytał, o wyjątkowej skrupulatności kasjerów i, szerzej, osób pracujących w usługach. Przyjęte od klienta pieniądze pozostają na widoku aż do wydania reszty, banknoty wydawane klientowi są przeliczane wyraźnie przed oczami obu zaangażowanych w transakcję osób, układanie banknotów w czytelny sposób i każdorazowa prośba (choć po japońsku) o sprawdzenie, czy kasjer nie wydał za mało bilonu. Ale to każdy z pewną wiedzą o Japonii może sobie wydedukować, więc przejdźmy do powodu drugiego. Czytaj dalej

Alkohole w Japonii: sake (cz.2)

Jeśli staliśmy się posiadaczami butelki sake i chcemy spróbować zawartości, jako początkujący możemy stanąć przed dylematem – w jaki sposób ten trunek pić? A dokładniej: jak, w czym i z czym.

Zasadniczo sake pije się bez dodatków – choć fizycznie wykonalne jest picie na wiele sposobów: z lodem, colą, oranżadą Helleną bądź FKZ (Fantastyczny Klub Zet – fybierz, kup, zpróbuj), można też zrobić nieszczęsne sake bomb, ale po co?

Nie ma sztywnych reguł dotyczących temperatury podawania sake. W zależności od okazji i osobistych preferencji możemy pić je w temperaturze pokojowej, schłodzone (ale nie zamrożone), bądź podgrzane. W moim otoczeniu zazwyczaj pije się je schłodzone, ponieważ konsumpcja przeprowadzana jest spontanicznie, kosztem zawartości labowej lodówki. Polecam jednak spróbować sake lekko podgrzanego lub takiego w temperaturze otoczenia. Jeżeli konkretne sake nie przypadło nam do gustu, dajmy mu szansę w formie schłodzonej, bo niska temperatura zdusi nieco aromaty. Czytaj dalej

Postępy, postępy…

Za kulisami Katahiry działo się ostatnio bardzo dużo. Rozkładowo miałem przebywać w Japonii 3,5 roku, do września 2016 (czyli z grubsza do teraz). A skutkiem różnych wydarzeń plan się nieco zmienił, dlatego przygotowałem mały apdejt.

Po pierwsze, udało mi się napisać, wydrukować (to chyba było najtrudniejsze) i obronić doktorat. Kolejność wykonywanych czynności była nieco inna niż w Polsce, dlatego dla potencjalnych zainteresowanych ją krótko opiszę, choć szczegóły zależą od wydziału i uniwersytetu.

Aby przystąpić do obrony, należy mieć wymaganą liczbę publikacji naukowych. U nas wymagano jednego artykułu, ale na innych uniwersytetach mogą być wymagane dwie, trzy, a nawet cztery publikacje. Premiuje to japońskich studentów, którzy pracują często w jednym labie od trzeciego–czwartego roku studiów licencjackich, więc mają rok–dwa, potem dwa lata magistra, potem trzy doktoratu i przez ten czas mogą sobie bez problemu napstrykać publikacji. Jeśli jednak ktoś zaczyna doktorat „od zera”, to ciężko mu napisać trzy nowatorskie, sensowne prace z trzech lat doktoratu (muszą być „pierwszoautorskie”), więc zazwyczaj dopycha się „byle czym” – byle tylko opublikować – i skutek ma to mizerny. Czytaj dalej

Zaraz wracam

Aktywość spadła ostatnio z uwagi na koniunkcję gwiazd i wydarzeń w mojej bezpośredniej okolicy, takich jak wakacje, wizyta znajomych, uczenie nowoprzybyłych studentów chemicznego fachu oraz, tadam, niecałe dwa miesiące na napisanie rozprawy doktorskiej.

W tym czasie nieco wzrosła za to aktywność na fejsbuku, na którym Katahira 2-1-1 posiada swój fanpejdż (https://www.facebook.com/katahira211/), a z którym zaprzyjaźnienie się niniejszym polecam.

Ponieważ skoniugowane obiekty powoli się rozkoniugowują (choć chyba rozprawa nie odpuści), istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że niebawem pojawi się tu obszerny opis wakacyjnego wyjazdu do Kagoshimy i okolic, a także od dawna planowane i przemyśliwane wpisy o japońskich alkoholach oraz ruchu drogowym. Trzymajcie zatem kciuki i monitorujcie postęp!

A tu trzy kadry z wakacji:

DSC_0828

DSC_0854

DSC_0994

Trzy lata za pasem!

No więc tego. Dzisiaj minęły trzy lata, od kiedy naród japoński sprowadził mnie do swojego kraju, abym ku jego chwale uczył (się) i pracował. Są to też zgrubne urodziny Katahiry 2-1-1, która stworzona została dwa dni przed przyjazdem, a pierwszy japoński wpis pojawił się kilka dni później. Dobry to czas na podsumowanie, jakie owoce te lata wydały – zarówno w pracy badawczej, jak i rozrywce blogowej. Czytaj dalej

Japońskie kurierki

Wbrew temu co sugeruje tytuł, dziś nie będzie nic ani o rowerach, ani o torbach rowerowych. Kurierka w tytule oznacza kobietę dostarczającą przesyłki. Bo właśnie o kobietach wykonujących zawody w Polsce uznawane za „męskie” (i na odwrót!) trochę dziś chcę napisać.

Oczywiście nie można się wiele spodziewać po kraju, gdzie jeszcze nie tak dawno najpopularniejszym kobiecym zawodem było Oeru (OL, office lady), a władze nadal wahają się, czy pozwolić małżonkom oficjalnie mieć różne nazwiska. Nota bene w zalinkowanym artykule znajduje się np. taki bekowy cytat (a warto przeczytać całość):

„I think we’re seeing the spread of extreme individualism,” Yagi says. “A family with the same last name has a sense of unity. If parents and siblings all have different names, whose family is it”

Jednak już od początku pobytu w Japonii moją uwagę zwróciło kilka zawodów, w których pań nie spodziewałem się raczej spotkać.

Na pierwszy ogień pójdą taksówkarki. W Polsce niebezpieczny zawód, za czasów mojej wcześniejszej młodości było głośno o zabójstwach w nocnych kursach, a pewnie nadal nie jest zbyt dobrze. Nie to, żebym często podróżował taksówkami, ale nigdy nie spotkałem kierującej taksówką kobiety. W Japonii natomiast nie ma w tym nic niezwykłego. Zarówno w Sendai, jak i w GTA spotyka się taksówkarki. Ale to nie jedyna różnica między krajami w tym zawodzie. Japońskie taksówki jeżdżą spokojniej, mają automatycznie otwierane drzwi pasażera z tyłu, kierowcy na drodze są spokojniejsi… a, i jeszcze kurs taryfą jest sporo droższy. A i tak często widać kolejki chętnych pasażerów na postojach, w Tokio czasami nawet po 20-30 osób czekających jedna za drugą.

Drugim zawodem są tytułowe kurierki. W Japonii dostarczanie przesyłek, czy to przez pocztę, czy jedną z wielkich firm kurierskich, jest bardzo powszechne. W sobotę rano po moich uliczkach co chwilę kręcą się niewielkie ciężarówki, należące do Yamato Kuroneko, Sagawy czy Nippon Express.

Toyota_QD200_201
„Toyota QD200 201” by 天然ガス – Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons

I w tym zawodzie panie stanowią na oko około połowy pracowników; w centrum miasta co chwilę widać pędzącą gdzieś (zapewne w niedoczasie, a w Japonii spóźnianie się jest bardzo niewskazane) z niedużym wózkiem kobietę w charakterystycznym uniformie.

W Japonii kobiety pracują też w robotach drogowych. Nie jest to zbyt atrakcyjna praca, ale nie o to chodzi. Hełm, kombinezon, kamizelka z mrugającymi diodami i na jezdnię, stać w miejscu z innymi robotnikami (kto się Japonią interesuje, ten wie jak taka praca wygląda „z zewnątrz”).

Odwrotnym przypadkiem są osoby opiekujące się dziećmi w przedszkolach. O ile w Polsce praktycznie zawsze były to „przedszkolanki” (przynajmniej jakiś czas temu, może coś się zmieniło?), o tyle w Japonii wśród wędrujących przez miasto wycieczek małych dzieci w kolorowych czapeczkach od czasu do czasu widzę „pana przedszkolanka”. Ale żeby się nie rozpędzać, samego taty z wózkiem na ulicy próżno szukać.