Pół roku poza Japonią – czego mi nie brakuje?

Wspominać miłe rzeczy z Japonii na blogu to sprawa bardzo prosta. Raz, że jest ich sporo i jest z czego wybierać, dwa, że lejemy miód na serce wszystkim tym, którzy o wyjeździe do Japonii marzą, a trzy, że nikogo w ten sposób nie obrażamy. Z narzekaniem jest trochę gorzej, bo można komuś zaleźć za skórę albo zniszczyć wyidealizowany obraz Japonii i sprowokować reakcję obronną. A jak już ktoś narzeka na Japonię, to zazwyczaj skupia się na jednym z dwóch najbardziej oczywistych tematów: powszechnej dyskryminacji cudzoziemców i niezwykle słabej znajomości języka angielskiego wśród Japończyków. U mnie dziś o tych tematach cisza, więc czytajcie dalej! Czytaj dalej

Reklamy

Pół roku poza Japonią – czego mi brakuje?

Pół roku (prawie co do dnia!) od wyjazdu z Japonii to dobry czas, żeby przyznać się za czym w japońskim życiu tęsknię. Takich rzeczy jest oczywiście dużo, ale wybrałem te pięć, które nie tylko najmocniej dają się we znaki, ale też są uniwersalne i brakować mogłoby ich każdemu.

Ramen. Tu wątpliwości nie mam żadnych. Już jedząc ostatni ramen na stołówce uniwersyteckiej, a jest to wyrób nie cieszący się przesadną estymą wśród rodowitych Japończykow, wiedziałem, że będę za nim tęsknił. O bardziej wyszukanych jego odpowiednikach, takich jak mój ulubiony przysmak z Iwasa-ramen na Chuo-Rinkanie, nawet nie wspominając. O ramenie ogólnie można poczytać na jednym z wcześniejszych wpisów.

Pierwszy ramen poza Japonią jadłem w Warszawie, na Oleandrów. Zupka była smaczna i całkiem wyszukana, tyle że nie miała z japońskim ramenem aż tyle wspólnego, ile bym oczekiwał. Poza tym jedzenie typowo fastfoodowego ramenu w restauracji (bez siorbania!) jest… dziwne. Pomyślcie „zapiekance z szynko i pieczarko raz” podanej na wielkim, białym talerzu w restauracji. Czytaj dalej

Wyrzucanie śmieci

Każdy, kto choć przez kilka dni był w Japonii, przyzna, że wyrzucanie śmieci może sprawiać zagranicznym turystom dużo kłopotu. Wszystko przez to, że w Japonii w miejscach publicznych śmietniki występują bardzo rzadko. Przyzwyczajeni do natychmiastowego pozbycia się papierka, folii, czy butelki przyjezdni już w pierwszych swoich godzinach „na mieście” zmuszeni są do zmiany swoich praktyk. Jeżeli w okolicy nie ma kombini, które wystawia z dobroci serca swój własny śmietnik na zewnątrz, spacerowicze zmuszeni są do noszenia folii po onigiri, pustych butelek po zielonej herbacie i aromatycznych papierków po famima czikin do końca dnia.

Ale wyrzucanie śmieci jest dla mieszkających tutaj obcokrajowców trudniejsze, niż tylko znalezienie kosza. Wszystko przez to, że Japończycy przykładają dużą wagę do segregowania odpadów i dzielenia ich na różne kategorie. Podział jest zależny od miasta w którym się mieszka; stołeczne Tokyo jest mniej wymagające, ale już przedmieścia metropolii mogą wymagać od nas dzielenia śmieci na wiele klas. Czytaj dalej

Wysyłanie paczki do Polski – poradnik praktyczny

Podczas wyprowadzki z Japonii zostaliśmy przez los zmuszeni do zdecydowania o przeznaczeniu naszych japońskich dóbr ziemskich. Nie było ich zbyt wiele, kto widział wnętrze mojego mieszkania, ten wie. Część została oddana, część wyrzucona, część sprzedana, a część musiała znaleźć swoją drogę do Polski. Hojność linii lotniczych Air China nie znała granic i na moim bilecie lotniczym widniały dwie sztuki bagażu rejestrowanego, każdy po 23 kg. Ale panie, przecież z takim dobytkiem to ja tam przyleciałem cztery lata wcześniej…

Zdarzało mi się już wysyłać paczki z Japonii do Polski, ale zazwyczaj były to niewielkie przesyłki, wypełnione suchym jedzeniem i drobnymi upominkami. Już za pierwszym razem okazało się, że niewłaściwe sformatowanie adresu na paczce, okraszone wówczas bardzo umiarkowaną znajomością języka, może wiele kosztować. Błąd może być jeszcze bardziej bolesny, jeżeli paczka waży nie 3 kg, a 16 kg. Dlatego zamieszczam poniżej nostalgiczny przegląd rozsądnych sposobów wysyłki dóbr wszelakich z Dalekiego Wschodu na wschód raczej umiarkowany (są tacy, co twierdzą, że na wschód od Konina Azja się zaczyna, ale panie na poczcie nie złapałyby żartu). Czytaj dalej

To żyje!

Od czasu ostatniego wpisu, t.j. od 4 lutego, upłynęło prawie pół roku. W tym czasie na zapleczu Katahiry wiele się zmieniło; przede wszystkim z końcem marca opuściłem Japonię na stałe, koniec więc wycieczek po Tokio i okolicach oraz bardziej egzotycznych zakątkach tego kraju.

Na ostatniej prostej życia w Japonii pojawiło się w mojej głowie kilka tematów, raczej praktycznych, o których warto napisać. Mam nadzieję je niebawem dopracować i opublikować. Istnieje też niezerowe prawdopodobieństwo, że Japonię odwiedzę w przyszłości. Póki co bardziej prawdopodobne, że w charakterze turysty, ale może i praca mnie tam kiedyś zagna.

Po wyjeździe byłem trochę w Polsce, gdzie zająłem się sprawami najważniejszymi i zaczerpnąłem trochę świeżego, miejskiego powietrza, po czym, trochę znienacka, przeprowadziłem się za świeżo poślubioną małżonką na zachód. Niby w drugą stronę, a mam teraz do Tokio bliżej, niż z Warszawy.

Niby zachód już nie zgniły i nie dziki, ale patrząc, co wyprawiają z sushi…

DSCF1301DSCF1289DSCF1234

Spacer po Koto-ku

Na południowy wschód od Tokio leżą dwa ważne punkty turystyczne: Odaiba, wyspa pełna różnorakich atrakcji (choć niektórzy utrzymują, że liczy się tam tylko miniaturowa Statua Wolności), oraz targ rybny Tsukiji. Pomiędzy nimi, a także trochę dalej na wschód, znajdują się tereny wśród turystów niezbyt popularne: poprzecinane kanałami wysepki dzielnicy Koto-ku, a także odrębne administracyjnie Kachidoki i Tsukishima.

Pierwszy raz trafiłem tam ponad rok temu, podczas nocnego spaceru po Tokio. Choć wtedy miałem inny plan zwiedzania, zamknięty Rainbow Bridge zmusił mnie do powrotu „do cywilizacji” właśnie przez wysepki Koto-ku. Ponieważ okolica wydawała się ciekawa, kolejne podejście do zwiedzania miało miejsce zeszłego lata. Niestety, wówczas silny deszcz i dziurawe buty utrudniły szczegółowe zapoznanie się z terenem. Kolejną próbę zwiedzania podjąłem dzisiaj – i wyszło tak, jak chciałem. Czytaj dalej

Czy mogę być winna jenika?

Tytułowe zdanie w wersji z „grosikiem” słyszał chyba każdy i to przynajmniej tyle razy, że w sumie zebrałyby się do dyszki albo i lepiej. W Japonii natomiast przez cztery lata ani razu nie zdarzyło się, żeby ktoś nie wydał mi pełnej reszty na zakupach. Powodów ku temu jest kilka, zacznijmy więc od najbardziej oczywistych.

Przede wszystkim nie mieści się to w japońskiej kulturze; kto był, to widział, a kto nie, to słyszał lub czytał, o wyjątkowej skrupulatności kasjerów i, szerzej, osób pracujących w usługach. Przyjęte od klienta pieniądze pozostają na widoku aż do wydania reszty, banknoty wydawane klientowi są przeliczane wyraźnie przed oczami obu zaangażowanych w transakcję osób, układanie banknotów w czytelny sposób i każdorazowa prośba (choć po japońsku) o sprawdzenie, czy kasjer nie wydał za mało bilonu. Ale to każdy z pewną wiedzą o Japonii może sobie wydedukować, więc przejdźmy do powodu drugiego. Czytaj dalej