Park Narodowy Yosemite – część trzecia

Opcją wymagającą najwięcej przygotowań, a jednocześnie najbardziej atrakcyjną dla aktywnych podróżników, jest kilkudniowa wycieczka z noclegiem w obozowisku w dziczy Yosemite. Do standardowych trudności organizacyjnych, charakterystycznych dla noclegu pod namiotem, w Yosemite, podobnie jak w wielu innych parkach narodowych i rezerwatach, dochodzi konieczność uzyskania zawczasu pozwolenia na nocleg, czyli wilderness permit.

Zdobycie takiego glejtu nie należy do najprostszych; musimy albo wziąć udział (i wygrać!) w odbywającej się 24 tygodnie wcześniej loterii, albo liczyć na łut szczęścia i próbować dostać go dzień wcześniej, w systemie „kto pierwszy, ten lepszy”. Przy składaniu wniosku o pozwolenie musimy podać dokładną datę oraz miejsce wejścia i wyjścia „z dziczy”, co oznacza że nawet pół roku wcześniej musimy porządnie zaplanować jak nasza wyprawa będzie dokładnie wyglądać. Po więcej szczegółów odsyłam na właściwe podstrony parku (informacje ogólne oraz wejścia i wyjścia ze szlaków); w przypadku dalszych wątpliwości można próbować kontaktować się z nami.

Do specjalistycznego wyposażenia, jakie należy mieć ze sobą podczas noclegu na szlakach w Yosemite należą bear canisters, czyli pancerne pojemniki na wszystko, co podczas naszego snu może przyciągnąć ciekawskiego niedźwiedzia – jedzenie, słodkie napoje, kosmetyki, leki, czy mokre chusteczki. Pojemnik taki, wykonany najczęściej z aluminium lub poliwęglanu, ma specjalną przykrywkę, do otwarcia której wymagana zręczność palców i inteligencja charakterystyczna dla człowieka, a jednocześnie jest wzmacniany, aby utrudnić zwierzakowi rozbicie go poprzez zrzucenie ze skały, czyli brute force attack. Postawiony przed niemożliwym do zdania testem na siłę, zręczność czy inteligencję, niedźwiedź może próbować testu charyzmy – nie radzimy jednak dobrowolnie dzielić się ze zwierzętami jedzeniem; te nauczone żerowania na ludzkich smakołykach nie żyją długo i szczęśliwie.

Trasa dwudniowa: Yosemite Falls – North Dome – Snow Creek

W zeszłym roku udało nam się się zdobyć pozwolenia na dwie dwudniowe trasy.

Pierwsza z nich obejmowała wejście szlakiem Yosemite Falls na ścianę doliny Yosemite, przejście górą na wschód i nocleg na North Dome, a następnie obejście Indian Rock od północy i zejście po wschodniej stronie doliny przez Snow Creek do Mirror Lake.

Początek trasy do najprostszych nie należał; mimo wyruszenia z domu o 5 rano i dotarcia do parku o 9, na szlak weszliśmy dopiero przed 11. Zanim odebraliśmy nasze pozwolenie na nocleg, parkingi na których można zostawić samochód na noc się zapełniły i trochę nam zajęło znalezienie miejsca, z którego podczas romantycznego noclegu pod gwiazdami nie odholują nam samochodu. Dla potomnych: doskonałe miejsce znajduje się na współrzędnych N37.732801 W119.611402.

Po dojściu do początku szlaku zaczęliśmy się wspinać zygzakami w górę ściany doliny. Ponieważ szlak, którym szliśmy, był też popularnym celem wycieczek jednodniowych, początkowo na stromych podejściach towarzyszyli nam liczni, równie zziajani turyści. Część z nich odpadła po dojściu do punktu widokowego na Yosemite Falls, położonego 300 m powyżej początku szlaku.

Widok na Upper Yosemite Falls. Na razie z dołu!
Coraz bliżej do końca trasy, coraz goręcej…

Do szczytu wodospadu z tego miejsca jest jeszcze sporo drogi – 500 metrów w górę po nasłonecznionej, północnej ścianie doliny. Ale zdecydowanie warto! Coraz ciszej, coraz spokojniej, a i widoki coraz piękniejsze. Po pokonaniu ostatnich zygzaków dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Stąd można odbić na Eagle Peak albo El Capitan. Z krawędzi zbocza rozpościera się widok na dno doliny Yosemite, a także na górujący nad nią Half Dome.

Half Dome tu akurat zasłonięty, ale widać przeciwny grzbiet doliny, na którym znajduje się wspomniany w poprzednim poście Glacier Point.
Tu już lepiej! Po lewej od charakterystycznej bryły Half Dome widać North Dome, nasz cel wycieczki i miejsce noclegu.

Niedaleko szczytu wodospadu Yosemite Falls znajduje się punkt widokowy, na który dotarcie wymaga okiełznania swojego lęku wysokości i mocnego trzymania się łańcuchów zamocowanych w ścianie skały. Idąc głównym szlakiem na wschód docieramy po chwili do strumienia Yosemite Creek, dostarczającego wodę dla wodospadu. W szerokiej jego części znajduje się zakazane, z uwagi na bliskość wodospadu, ale popularne miejsce kąpielowe – oczywiście o ile w strumieniu jest wystarczająca ilość wody.

Przy wodospadzie część turystów zawraca i schodzi na dół. To najpopularniejszy punkt na szlaku, za nim maszeruje się już zazwyczaj w samotności. Kawałek dalej znajduje się jeszcze Yosemite Point, wysunięty punkt widokowy, z którego widać całą dolinę jak na dłoni, ale tu dociera już znacznie mniej osób. Za Yosemite Point nie czeka nas zbyt wiele atrakcji – chyba, że pokonamy prawie 8 kilometrów przez las, po stosunkowo płaskim terenie, i dotrzemy do kopuły North Dome. Warto się zainteresować, gdzie znajduje się ostatni płynący strumień. Za Yosemite Falls jest jeszcze kilka cieków, w których można uzupełnić wodę, ale zazwyczaj przed środkiem lata wysychają.

Po wyjściu z lasu ukazują się nam dwa szyczty: wyższy, znajdujący się po drugiej stronie doliny Half Dome, i nasz cel podróży, North Dome.

Po lewej pionowa ściana Half Dome, po prawej łagodniejsza kopuła North Dome.

Okolice szczytu North Dome to popularne miejsce na rozbicie namiotu; doskonały widok i płaska, twarda powierzchnia. Należy pamiętać, że zgodnie z zasadami parku narodowego obozowisko musi być rozstawione przynajmniej 30 metrów od szlaku. My rozłożyliśmy się na wschodnim zboczu, z widokiem na Half Dome.

Widok z North Dome na wschód: po lewej Basket Dome, za nim Mt. Watkins, a w tle, po drugiej stronie doliny, najwyższy szczyt okolicy, Clouds Rest.
Namiot z widokiem na Half Dome.
Tam na górę da się wejść, choć trzeba użyć do tego wszystkich czterech kończyn (i głowy – żeby załatwić pozwolenie); szlak znajduje się po lewej stronie szczytu.

North Dome jest doskonałym punktem do robienia zdjęć nocnego nieba, jednak wymaga to odpowiedniego planowania. W naszym wypadku otrzymanie pozwolenia na weekendowy nocleg w czasie odpowiedniej fazy księżyca nie udało się do końca; musieliśmy się zadowolić terminem, w którym Księżyc wschodził niedługo po zachodzie Słońca. Przez to straciliśmy szansę na porządne zdjęcia Drogi Mlecznej, ale mogliśmy obejrzeć wschód Księżyca za Half Dome.

Ostatnia chwila na sfotografowanie Drogi Mlecznej – za chwilę łuna wschodzącego Księżyca przyćmi pas gwiazd naszej galaktyki.

Zejście kolejnego dnia było mniej spektakularne, niż wspinaczka na Yosemite Falls dnia poprzedniego, ale nie mniej męczące. Z powodu braków wody musieliśmy wrócić do położonego ok. 2 km wstecz strumienia Lehamite Creek. W efekcie zamiast iść planowaną trasą przez Indian Rock, poszliśmy alternatywnym szlakiem ciągnącym się wzdłuż strumienia, a następnie skręciliśmy w kierunku strumienia Snow Creek. Początkowo trasa ciągnęła się lekko w dół, po zacienionym terenie, ale w momencie dojścia do krawędzi ścian doliny Yosemite skończył się dzień dziecka, a zaczęła nasłoneczniona skalna ściana i prowadzące po niej w dół zygzaki. Na szczęście przez cały czas towarzyszył nam widok na Half Dome i zalesione dno doliny.

Half Dome i jego masyw skalny wyglądają imponująco z przeciwległej ściany doliny.

Podejście w górę wzdłuż Snow Creek nie cieszy się przesadną popularnością. Podczas zejścia po tym nasłonecznionym, stromym szlaku, nie spotkaliśmy nikogo idącego w górę. W dół zresztą też nie. W końcu dotarliśmy na dno doliny, w okolice strumienia Tenaya Creek. Stamtąd, idąc wzdłuż doliny, szybko już dotarliśmy do okupowanego przez turystów Mirror Lake, skąd asfaltowa ścieżka prowadziła do jeżdżącego po dolinie autobusu.

W drodze na parking, na którym zostawiliśmy samochód na noc, znaleźliśmy świetne miejsce na zdjęcie podsumowujące naszą wyprawę. Powyżej dna doliny po lewej górował North Dome, an którym spędziliśmy noc, a po prawej Half Dome, którego widok towarzyszył nam przez większość dnia.

Reklamy

Park Narodowy Yosemite – część druga

Wycieczki piesze

Najlepszym sposobem korzystania z uroków Yosemite jest zejście z wyasfaltowanej drogi i ruszenie na szlak. Tych w parku nie brakuje — wejścia na szlaki znajdują się zarówno w obleganej dolinie Yosemite, w okolicach parkingów i przystanków parkowego autobusu, jak i przy głównych parkowych drogach.

Każdy znajdzie coś dla siebie. Są krótsze trasy, także dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnością ruchową, są szlaki całodniowe i takie wymagające przynajmniej jednego noclegu w namiocie. W dolinie Yosemite zaczyna się też słynny John Muir Trail, nazwany na cześć zasłużonego dla Kalifornii przyrodnika, prawie 340-kilometrowy szlak prowadzący przez szczyty gór Sierra Nevada, aż do najwyższego z nich, Mt. Whitney.

Aktualna mapa z najpopularniejszymi szlakami w okolicach doliny Yosemite znajduje się na stronie nps.gov.

Trasy jednodniowe: część południowo-wschodnia doliny

Wycieczki jednodniowe w Yosemite nie wymagają specjalnych przygotowań i pozwoleń, są więc organizacyjnie znacznie prostsze od wypraw dłuższych. Wystarczy zapas wody, ochrona przeciwsłoneczna: okulary przeciwsłoneczne z filtrem UV, krem z filtrem — tylko nie ten, z którego korzystaliśmy na zielonej szkole w podstawówce, zapas wody i, na wszelki wypadek, latarka.

Lower Yosemite Falls to krótka pętla prowadząca do podstawy najwyższego wodospadu w parku. Z punktów widokowych na tej krótkiej i niewymagającej trasie widać i górną, i dolną część wodospadu. Może być zatłoczona, ale jeśli nie mamy czasu lub sił na dłuższą wyprawę, to warto się tam udać.

DSCF5830.jpg

Widok na dolną część Yosemite Falls

Dłuższa i nieco bardziej wymagająca trasa prowadzi do ukrytego w dolinie obok Vernal Fall. Prowadzący wzdłuż rzeki Merced szlak początkowo pnie się powoli pod górę, by w drugiej połowie trasy stać się stromym podejściem po kamiennych schodach. Następnie idzie tuż pod pionową skalną ścianą, aż na szczyt wodospadu, na którym jest dużo miejsca na odpoczynek i podziwianie widoków. Bardzo polecamy tę trasę — byliśmy dwa razy i chętnie pójdziemy raz trzeci w powiększonym składzie!

DSCF5277.jpg

Widok na Vernal Fall z drogi pnącej się na górę

Bardziej ambitni, bądź nadal spragnieni widoków turyści mogą przedłużyć swoją wycieczkę za Vernal Fall, aż do położonego w górze rzeki Nevada Fall. Poświęcając dodatkowe dwie-trzy godziny możemy dostać się do tego mniej uczęszczanego wodospadu, trzeba jednak liczyć się ze stosunkowo stromym podejściem. Na zachętę powiem, że po drodze czekają piękne widoki, w szczególności na wiosnę, gdy wodospady osiągają największe rozmiary, i toaleta.

DSCF5273.jpg

Szczyt Liberty Cap, widziany z drogi prowadzącej do Nevada Fall

Trasa idąca od Nevada Fall dalej, w górę rzeki, prowadzi do kempingu Little Yosemite Valley i dalej na szczyt Half Dome. Na obie te destynacje potrzeba jednak uprzednio załatwionego pozwolenia.

Nieco na północ od powyższych tras znajduje się wschodnia część doliny Yosemite. Pierwszym i najbardziej popularnym punktem w tej części parku jest Mirror Lake, jezioro, które nie dość, że nie jest specjalnie urodziwe, to jeszcze przez większą część lata go nie ma – zasilająca je Tenaya Creek płynie zbyt mizernie, żeby utrzymać w nim wodę w trakcie gorących miesięcy. Atrakcją jest natomiast to, że jezioro (lub jego pozostałość) znajduje się bezpośrednio u podnóża Half Dome. Z tej perspektywy skała robi jeszcze mocniejsze wrażenie.

Idąc dalej wzdłuż rzeki znajdziemy się na niezbyt uczęszczanym, zalesionym szlaku prowadzącym po dnie doliny. Jest to też trasa prowadząca do znacznie bardziej ambitnego szlaku Snow Creek. Pnący się w górę zbocza doliny szlak zawdzięcza swoją złą sławę stromemu podejściu z 1250 m n.p.m. na 2050 m n.p.m. po odsłoniętej skalnej ścianie, wystawionej na słońce przez większość dnia. Nawet zejście tym szlakiem potrafi być uciążliwe. Na górze czeka na nas zalesione wypłaszczenie, a dalej szlak prowadzący do głównej drogi prowadzącej na przełęcz Tioga.

DSCF4169.jpg

Half Dome i dolina Yosemite widziana z podejścia w górę Snow Creek

Na południowej ścianie doliny Yosemite, nieco bardziej osłoniętej przed słońcem, znajduje się się szlak Four Mile. Co prawda ma prawie pięć mil, czyli prawie osiem kilometrów w jedną stronę, ale prowadzi na bardzo atrakcyjny punk widokowy, Glacier Point. Stamtąd rozpościera się znakomity widok na główną część doliny Yosemite, jej północną ścianę, North Dome, mniej znaną stronę Half Dome, a nawet na dolinę, w której znajdują się wspominane wcześniej wodospady Vernal i Nevada Fall. Szkopuł w tym, że na Glacier Point prowadzi też droga dla samochodów i ciężko będzie się tam cieszyć tym widokiem w ciszy i spokoju.

DSCF5300.jpg

Half Dome widziany od strony południowo-zachodniej, z punktu widokowego Glacier Point

 

Park Narodowy Yosemite – część pierwsza

Park Narodowy Yosemite

Leżący w centralnej części Kalifornii park narodowy Yosemite (czytany z grubsza jousemiti) jest jednym z najbardziej znanych parków narodowych w Stanach Zjednoczonych. Pojawia się w czołówkach wielu parkowych rankingów: jest trzecim najstarszym (od 1890 roku), piątym najczęściej odwiedzanym (4–5 milionów odwiedzających rocznie) i dziewiątym największym (3083 km2), nie licząc parków narodowych położonych na Alasce, parkiem narodowym w Stanach. Jest oddalony o około cztery godziny drogi samochodem od San Francisco i około pięć i pół godziny drogi od Los Angeles; w amerykańskich warunkach żaden z tych dystansów nie jest przesadnie długi.

Choć park ma powierzchnię ponad sześciokrotnie większą od Warszawy, zdecydowana większość gości ogranicza zwiedzanie do niewielkiej Yosemite Valley, w której mieści się większość infrastruktury turystycznej, a także najbardziej znane formacje skalne, Half Dome i El Capitan, wodospad Yosemite Falls oraz początki licznych szlaków turystycznych (o tym więcej w przyszłości).

DSCF4184.jpg

Widok na Yosemite Valley z jej dna, położonego na wysokości ok. 1200 m n.p.m.

Przez park Yosemite przebiega też bardzo istotna dla zwiedzających góry Sierra Nevada droga CR 120; w sezonie letnim pozwala ona przejechać z stosunkowo prosto okolic zatoki San Francisco na drugą stronę gór, w kierunku Doliny Śmierci i Nevady. W zimie, kiedy jest zamykana z powodu śniegu i lawin błotnych, trzeba skorzystać z położonej 100 km na północ drogi CR 88 lub 270 km na południe drogi CR 178.

Dolina Yosemite: sprawy praktyczne

Podstawowe zwiedzanie parku, czyli wizyta w Yosemite Valley, nie jest specjalnie karkołomnym zadaniem. Po wjeździe do parku od południa (CR 41) lub zachodu (CR 120) należy kierować się w kierunku wlotu Yosemite Valley. W głównej części doliny panuje dość nietypowa organizacja ruchu; dwie równoległe dwupasmowe drogi jednokierunkowe odpowiadają za w miarę bezkolizyjne rozprowadzanie odwiedzających po różnych częściach doliny. Trzeba mieć się jednak na baczności, gdyż przy takim rozwiązaniu minięcie pożądanego miejsca może wymagać objechania całej pętli i nadłożenia dodatkowych 10–15 minut drogi.

Oprócz trzech głównych parkingów: Camp 4 Parking, Yosemite Village Visitor Parking i Half Dome Village Parking (wymienionych kolejno według rosnącej trudności w znalezieniu wolnego miejsca; zob. oficjalną mapę) istnieje możliwość zaparkowania w niektórych miejscach wzdłuż drogi, ale w zatłoczone dni co bardziej atrakcyjne miejsca przy drodze zapełniają się dość szybko.

DSCF4972.jpg

Widok z przydrożnego parkingu na North Dome

Najwygodniejszym sposobem poruszania się po większej części doliny jest szybkie znalezienie miejsca parkingowego, a następnie korzystanie z bezpłatnego autobusu, zatrzymującego się na dwudziestu przystankach położonych w kluczowych dla turystów miejscach (zob. lokalizację przystanków). Ładowanie i wyładowywanie na każdym przystanku turystów nie jest najszybszym procesem, ale wobec braku konieczności szukania co chwilę miejsca parkingowego i stania w korkach (buspasy!), zdecydowanie korzystanie z autobusu polecamy.

Nocleg w Yosemite Valley nie jest sprawą najprostszą organizacyjnie. Oprócz dwóch hoteli, drogiego Yosemite Valley Lodge (ok. $400 za dwuosobowy pokój za noc) i jeszcze droższego The Majestic Yosemite Hotel (ok. $1000 za dwuosobowy pokój za noc, ror), w dolinie znajdują się cztery kempingi: całoroczny Upper Pines, sezonowe Lower Pines i North Pines, oraz nazwany z nieco mniejszym polotem Camp 4 (więcej szczegółów tutaj). Pierwsze trzy wymagają rezerwacji poprzez serwis recreation.gov. Taką rezerwację najlepiej zrobić zaraz po otwarciu zapisów na interesujący nas okres, czyli – UWAGA –  około pół roku wcześniej, o 7:00 rano PST/PDT 15. dnia miesiąca (szczegółowa tabela tutaj). Przykładowo, rezerwację na drugą połowę września najlepiej robić 15 maja rano czasu pacyficznego. Alternatywnie można wyszukiwać luk powstałych po skasowanych rezerwacjach bliżej interesującego nas terminu, ale to wymaga nieco szczęścia i wytrwałości w odświeżaniu przeglądarki.

DSCF4964.jpg

Kemping Lower Pines w Yosemite Valley

Jeżeli nie interesują nas kempingi ani drogie hotele, najlepiej zacząć szukać noclegu poza parkiem, ale w bezpośredniej (1–1,5 godziny drogi do Yosemite Valley) okolicy. Groveland, Mariposa i Oakhurst, a także Lee Vining po wschodniej stronie gór, mają do zaoferowania tańsze hotele, motele i apartamenty na krótkoterminowy wynajem. Jakkolwiek 1,5 godziny dojazdu samochodem nie brzmi jak świetny interes, większość tras dojazdowych jest bardzo malownicza i często są atrakcjami turystycznymi samymi w sobie.

O Kalifornii słów kilka

Haniebnym niedopatrzeniem z mojej strony był brak porządnego, ogólnego wstępu na temat Kalifornii. Tym zajmę się dzisiaj.

Kalifornia jest stanem położonym na południowo-zachodnim krańcu Stanów Zjednoczonych. Jest przez to drugim, po Hawajach, najbardziej oddalonym od Polski stanem – dystans w linii prostej to około 9000 kilometrów, nieco dalej, niż z Polski do Japonii. Z ponad 39 milionami mieszkańców jest zdecydowanie najludniejszym stanem, wyprzedzając drugi pod względem ludności Teksas o ponad 10 milionów mieszkańców. Pod względem powierzchni plasuje się na miejscu trzecim, z prawie 424 tys. kilometrów kwadratowych. Jest więc tylko nieco ludniejsza od Polski, przy terytorium większym o ok. 36%.

California_map.png

Mapa Kalifornii z zaznaczonymi granicami stanu. © OpenStreetMap contributors https://www.openstreetmap.org/copyright

Dwoma głównymi ośrodkami miejskimi są Los Angeles z przyległościami (prawie 19 milionów mieszkańców) oraz okolice zatoki San Francisco (prawie 9 milionów mieszkańców). Te dwa ośrodki są jednocześnie centrami dwóch głównych regionów, odpowiednio Kalifornii Południowej (SoCal) i Północnej (NorCal).

Wzdłuż kalifornijskiego wybrzeża Pacyfiku ciągnie się uskok San Andreas, będący miejscem styku płyty pacyficznej i płyty północnoamerykańskiej. Konsekwencją tego styku są ciągnące się równolegle do wybrzeża liczne łańcuchy górskie, od mniejszych Gór Nadbrzeżnych, po położone w głębi lądu, za rozległą Doliną Kalifornijską, góry Sierra Nevada, sięgające 4400 m n.p.m. Sierra Nevada na mapie powyżej znajduję się równolegle do linii Bakersfield–Fresno–Sacramento, w kierunku granicy z Nevadą. O nich jeszcze będzie więcej w jednym z kolejnych wpisów.

Bardzo imponująco wyglądają dane dotyczące produkcji energii elektrycznej. Kalifornia jest jednym z liderów w produkcji prądu z odnawialnych źródeł energii w Stanach. W 2017 roku 6.2% udziału w produkcji miały elektrownie wiatrowe, 11.8% słoneczne, 21% wodne, a 5.7% geotermalne – w sumie ok. 40% produkowanej w stanie elektryczności pochodziło właśnie z OZE. 43.4% pochodziło ze spalania gazu ziemnego, 2.8% z biomasy, a 8.7% z elektrowni atomowych. Może nam się uda poodwiedzać miejsca, gdzie znajdują się największe elektrownie wiatrowe i farmy słoneczne i wrzucić trochę zdjęć.

Kalifornia wyróżnia się pod względem różnorodności rasowo-etnicznej. Około 38% mieszkańców stanowią Latynosi, prawie tyle samo biali nie-Latynosi. Trzecią dużą grupą są Azjaci, stanowiący 13% ogółu. Obszary zurbanizowane są przy tym bardziej różnorodne od rejonów wiejskich, jak w większości miejsc na świecie. Kalifornia jest bardzo dobrym miejscem, żeby oduczyć się rozróżniania pochodzenia etnicznego od narodowości, z czym problem miewają osoby pochodzące z jednolitych etnicznie rejonów, jak na przykład Polska czy, ekhm, Japonia.

Weźmy jako przykład dwóch identycznie wyglądających panów, nazywających się Jason Wang. Jeden z nich może być Chińczykiem z Hongkongu, nazywającym się oficjalnie Wang Zhihao, używającym imienia Jason w kontaktach z obcokrajowcami. Drugi zaś mógł się urodzić w San Francisco w rodzinie chińskich imigrantów, stąd nazwisko, ale nie mówić po chińsku ani trochę i właściwie to nigdy w Azji nie być. Jeden będzie Amerykaninem, drugi nie. Taką historię opowiedział nam jeden z naszych nauczycieli na swego rodzaju kursie życia w Kalifornii – ktoś go uporczywie pytał skąd pochodzi, nie chcąc zaakceptować, że pytany jest z San Francisco. No bo co, miał odpowiedzieć, że jego dziadek urodził się w Chinach?

Przy okazji przypomniała mi się zabawna scenka z kawiarni, gdzie do młodej dziewczyny wyglądającej bardzo indyjsko podbija młody Hindus i zagaduje pytając z mocnym, indyjskim akcentem, czy dziewczyna też jest z Indii. A ona, bez śladu akcentu i trochę z niesmakiem w głosie opowiada, że nie, z Kalifornii.

Nasza okolica, czyli tereny wokół zatoki San Francisco, znane jako „The Bay Area”, są najbardziej cywilizowanym obszarem Kalifornii (choć mieszkaniec południa z pewnością to twierdzenie wyśmieje). Znajduje się tam wiele miast, których nazwy najprawdopodobniej większość mogły się obić o uszy: oprócz tytułowego San Francisco, leży tam też San Jose, Oakland, oba posiadające duże, międzynarodowe lotniska, i mniejsze miasteczka jak Berkeley, Fremont, Redwood City, Menlo Park, Palo Alto, Santa Clara, Mountain View i Cupertino. Te ostatnie wybrałem nieprzypadkowo – w mediach pojawiają się zwroty „koncern z Santa Clara” (Intel), „koncern z Mountain View” (Google) albo „koncern z Cupertino” (Apple). Palo Alto jest siedzibą Hewlett-Packard i Tesli, Menlo Park Facebooka, a San Jose Adobe (nawiasem mówiąc Adobe wzięło nazwę od mizernej rzeczki–śmierdziuszki Adobe Creek, oddzielającej Mountain View od Palo Alto). Obszar leżący w dolinie między Redwood City a San Jose jest popularnie zwany Doliną Krzemową i, co mnie kiedyś zaskoczyło, rzeczywiście jest doliną z geologicznego punktu widzenia.

Bay_map

Obszar Zatoki San Francisco. © OpenStreetMap contributors https://www.openstreetmap.org/copyright

Okolice Zatoki są jedną z najlepszych baz wypadowych na wycieczki do parków narodowych i innych przyrodniczych atrakcji. O ile uniknie się korków przy wyjeździe z domu, rzecz jasna. W zasięgu 2 godzin jazdy samochodem znajdują się Big Sur, Point Reyes i Pinnacles NP. 4–5 godzin wystarczy, by dotrzeć do Yosemite NP, Sequoia NP, Kings Canyon NP, jeziora Tahoe i Lassen Volcanic NP. Jeśli zaś nie straszne nam 8 godzin podróży, możemy odwiedzić Joshua Tree NP, pustynię Mojave, Dolinę Śmierci oraz Inyo National Forest i wszystkie tereny leżące w górach Sierra Nevada po ich drugiej, kontynentalnej stronie.

Na koniec postaram się rozwiać nieporozumienia związane z pogodą w naszej okolicy. Z powodu złożonego ukształtowania terenu klimat panujący w Zatoce jest bardzo różnorodny. Chłodne poranki i gorące, słoneczne popołudnia Doliny Krzemowej (w lipcu 26/14 °C) znikają, gdy pojedzie się 30 kilometrów na północ, w kierunku San Francisco (w lipcu 19/12 °C), ustępując chmurom, mgle i niejednokrotnie mocnemu wiatrowi – to zasługa cieśniny Golden Gate. Kolejne 30 kilometrów dalej na północny zachód, w Concord, jest zaś jeszcze goręcej i bardziej sucho (w lipcu 31/14 °C). Więcej o kalifornijskim klimacie można poczytać tutaj, trzeba się tylko zaprzyjaźnić ze stopniami Fahrenheita.

Wyprawa 2017: Kaniony (po drodze do) Arizony

Z Kanabu, gdzie stacjonowaliśmy w trakcie wizyty w Zionie, do Wielkiego Kanionu jest stosunkowo niedaleko. Jednak północna część Kanionu (North Rim) jest w zimie niedostępna, przez co, żeby dostać się do jego otwartej, południowej części, musieliśmy objechać go od wschodu. Po drodze znajduje się jednak dużo atrakcji, w dodatku mniej obleganych przez turystów, więc postanowiliśmy spędzić dwa dni na eksploracji okolicy.

Pierwszy na naszej liście był kanion Buckskin Gulch, leżący na granicy Utah i Arizony (ale po stronie tego pierwszego). Trafić do niego było łatwo; wystarczyło jechać szeroką drogą US 89 i w odpowiednim momencie, gdy ona gwałtownie skręcała, jechać dalej prosto. Piaszczysto–żwirowa droga, na którą w ten sposób się trafiało, prowadziła do położonego 13 km dalej wejścia do kanionu. Droga nie była wymarzona dla osobówek i wyprzedzający nas kierowcy samochodów terenowych wesoło nam machali, ale po prawie godzinie ślimaczej jazdy dotarliśmy na miejsce.

Przed wejściem do kanionu należało opłacić wejście, czyli wrzucić 6 dolarów od osoby do koperty i zostawić ją w metalowej skrzynce przy parkingu. Buckskin Gulch jest kanionem szczelinowym, znacznie wyższym, niż szerszym. W najwęższych miejscach (wśród tych, do których dotarliśmy) miał nie więcej niż metr szerokości, a skalne ściany po obu stronach miały na oko 15–20 metrów. Z wycieczkami po dnie takich kanionów wiąże się niebezpieczeństwo tzw. powodzi błyskawicznej (flash flood). Jeżeli gdzieś w górze kanionu spadnie gwałtowny deszcz, woda z okolicy spływa do kanionu i błyskawicznie płynie nim w dół. Gwałtowne zalanie kanionu może powodować nie lada problem dla osób znajdujących się w nim i, w niektórych przypadkach, zebrać śmiertelne żniwo. Czytaj dalej

Wyprawa 2017: Park Narodowy Zion

Kolejnym punktem naszej wyprawy był Park Narodowy Zion. Zion znajduje się w stanie Utah, stosunkowo niedaleko naszego wcześniejszego punktu postojowego, Bryce Canyon. W zeszłym roku odwiedziło go nieco ponad 4,5 miliona gości, co dało mu tytuł trzeciego najchętniej odwiedzanego parku narodowego w Stanach w 2017 roku. Ponieważ nasze przeziębienia nie odpuszczały, a poza kempingami nocleg na terenie parku nie należał do najtańszych, naszą bazę wypadową urządziliśmy w miejscowości Kanab, leżącej ok. godzinę drogi od serca parku. Okazało się, że na przedmieściach Kanab znajduje się siedziba rodzinnej firmy ScopeCraft, produkującej profesjonalne teleskopy (np. SC-2438 dostępny za 45 000 dolarów). Ponieważ właściciele posiadają w ogródku jeden ze swoich teleskopów, postanowiliśmy tam podjechać i spróbować go zobaczyć. Niestety z drogi leżącej przed ich domem niewiele było widać (a potem na mapach satelitarnych zobaczyliśmy, że teleskopy – oczywiście – są ukryte w hangarze), więc specjalnie z tej krótkiej wycieczki nie skorzystaliśmy. Odkryliśmy natomiast, do czego teleskop okazał się zbędny, że nasz dzielny samochód dostał gdzieś na drodze strzała kamieniem i w efekcie ma w osłonie przedniego zderzaka pięciocentymetrową dziurę.

W centrum Kanab znajdowało się jeszcze jedno ważne dla nas miejsce: punkt informacyjny wydający przepustki wejścia do The Wave, popularnej wśród turystów formacji skalnej, którą chcieliśmy odwiedzić w kolejnych dniach. W celu ograniczenia ruchu turystycznego i zachowania formacji w jak najlepszym stanie, punkt informacyjny organizuje każdego ranka loterię, w której można zdobyć jedną z przepustek na kolejny dzień, przy czym dzienny limit gości wynosi 10 osób. Postanowiliśmy spróbować szczęścia i rano, przed wyruszeniem do Zionu, zameldowaliśmy się w miejscu loterii. Mimo że do otwarcia zgłoszeń zostało jeszcze 30 minut, w budynku znajdowało się już ok. 50 osób, a kolejni napływali z niezbyt optymistycznie wyglądającą dla nas dynamiką. Zdecydowaliśmy więc, że zrezygnujemy z tego punktu i zamiast czekać godzinę na wyniki loterii, wyruszymy do Zionu wcześniej. Czytaj dalej

Wyprawa 2017: Park Narodowy Bryce Canyon

Pu.

Z pięknej Valley of Fire wyruszyliśmy w kierunku kolejnego celu, parku narodowego Bryce Canyon. Był to najzimniejszy punkt naszej wyprawy (temperatura w nocy spadła do –10 stopni Celsjusza) i dlatego zawczasu zarezerwowaliśmy sobie nocleg w znajdującym się tam pensjonacie, przez co nasza wyprawa straciła trochę na elastyczności, ale zyskała na wygodzie. Dla dwójki przeziębionych podróżników to całkiem dobry interes.

Ponieważ podróż najkrótszą droga miała zająć cztery godziny, a wyjechaliśmy z Valley of Fire dość wcześnie, postanowiliśmy nadłożyć trochę drogi i przejechać przez jeden z najpopularniejszych parków w Stanach, czyli Zion National Park. I tak mieliśmy w planach go odwiedzić kilka dni później, ale zdecydowaliśmy rzucić na niego okiem z okien samochodu. A w dodatku mogliśmy skorzystać z naszego kupionego dwa dni wcześniej rocznego biletu „America the Beautiful”, upoważniającego do darmowego wstępu do wszystkich parków narodowych. Taki bilet kosztuje 80 dolarów i zapewnia wstęp właścicielowi oraz pasażerom w jego samochodzie. Przez rok. Zgodnie uważamy, że najlepszy sposób na wydanie 100 dolarów to właśnie „America the Beautiful” i 25 litrów benzyny.

Podróż, choć w planach niezbyt długa, prowadziła przez trzy stany (Nevada, Arizona, Utah), dwie strefy czasowe (wyruszyliśmy ze strefy czasu pacyficznego, by nie powiedzieć „spokojnego”, i wjechaliśmy do strefy czasu górskiego) i długi tunel, i tak się przeciągnęła, że dojechaliśmy do Bryce niedługo przez zmierzchem. U celu czekał na nas zaśnieżony las iglasty; miła odmiana po piachu, skałach i pustyni. Po szybkim zameldowaniu się ruszyliśmy na pobliski punkt widokowy, Inspiration Point, z którego mieliśmy nadzieję obejrzeć zachód Słońca. Nie był to akurat interes stulecia, bo punkt widokowy był zorientowany na wschód, ale dzięki temu pierwszy raz zobaczyliśmy w pełnej krasie Bryce Canyon. Czytaj dalej